niedziela, 17 września 2017

Szack - "Póki my żyjemy"

Był rześki, czwartkowy poranek. Wrzesień dobiegał końca a i pogoda nie była już taka jak na początku. Początku września, początku wojny... Wśród zarośli na skraju lasu, równolegle do grobli, która prowadziła z małej mieściny o nazwie Szack, grupowali się ludzie. Było od razu widać, że to wojsko. Sprawnie i w szybkim tempie ustawiono działa z wylotami skierowanymi w stronę wsi. Oficer w stopniu majora uważnie obserwował wszystkie działania. Czterdziestojednoletni mężczyzna o okrągłej twarzy i krótko przystrzyżonych ciemnych włosach przyglądał się pobliskim zabudowaniom. Wiedział dobrze co kryje się wśród niepozornych poobdzieranych chałup. Już nie raz w ciągu tego miesiąca, wraz ze swoim batalionem Korpusu Obrony Pogranicza "Bereźne", przyszło mu walczyć z tą dziką hordą. Teraz miało być inaczej, tym razem to oni mieli zaatakować. Wskazówki zegarka tykały w okolicach ósmej a całe zgrupowanie, nie tylko batalion majora Antoniego Żurowskiego, było gotowe do boju.
Nagle od strony Szacka zaczął dobiegać charakterystyczny, basowy łoskot. Zanim pomiędzy budynkami ukazały się pierwsze sylwetki pojazdów, ktoś obok majora szepnął:
- "Czołgi..."
Pancerna kolumna zaczęła wylewać się ze wsi. Linia polskich żołnierzy jakby zafalowała - to oni mieli atakować a tu znów wróg odebrał im nawet tę możliwość.
- "Spokój!"
- "Trzymać linię!"

- "Nie strzelać!"
Rozległy się wokół rozkazy oficerów. Sowieci rwali do przodu jak na paradzie. Dowódcy stali pewni siebie w otwartych lukach z zaciętymi minami, jak gdyby od samego ich widoku miała pęknąć polska linia obrony. Czołgi a za nimi pojazdy pancerne i na końcu ciężarówka z piechotą, cały konwój jechał niemalże w szeregu. Na więcej nie pozwalała grobla, a raczej bagna rozlewające się po obu jej stronach.
Celowniczowie działek zaczęli błyskawicznie kręcić korbami, naprowadzając lufy na bolszewicką watahę. Kiedy cały ten "pancerny cyrk" znalazł się na wale i z Szacka wyjechała ostatnia ciężarówka, za którą komicznie podskakiwała doczepiona doń kuchnia polowa, niby szydząc z Polaków - bo przecież zaraz jak rozjedziem Lachów trzeba coś zjeść. Działonowi jak jeden mąż krzyknęli w stronę swoich załóg:
- "Uwaga, kolejno od czoła do pancerek ognia!"
I zagrała polska artyleria, gwałtownie niczym organy na wejście w kościele, krzepiąco niczym orkiestra na Titanicu. Tym razem jednak za Polskę, za wolność i honor. I w jednej chwili znika czoło sowieckiej kolumny w kuli ognia. Jeden po drugim płoną czołgi, samochody pancerne i ciężarówki. Pośród wybuchów gdakania polskich CKMów i jęku umierających Rosjan, żywe jeszcze załogi wyskakują z pojazdów i biegną, gubiąc broń i ekwipunek, w stronę zabudowań. Polacy w transie kładą ich ogniem swej broni niczym żeńcy łany zboża. Gdy dym się nieco rozwiewa, przed wrakami pancernych skorup, stoi kilku sowieckich oficerów. Ręce wysoko w górze, pasy z bronią rzucone w błoto - poddają się. 411 Batalion Pancerny kapitana Nieseniuka został kompletnie rozbity.

Był 28 września 1939 roku i właśnie zaczęła się ostatnia zwycięska bitwa Polaków z "czerwonymi zagonami" niosącymi pokój i braterstwo na swych bagnetach.



Żołnierze Korpusu Ochrony Pogranicza na pozycjach przy granicy Polsko - sowieckiej.

Gdy wspominamy walki obronne we wrześniu 1939 roku mamy w pamięci przede wszystkim boje stoczone przeciw Niemcom. Patrząc na wschód i wydarzenia od 17 września niewiele pojawia się nam przed oczami. Jest to spowodowane w głównej mierze 44 latami edukacji ustroju, który próbował nam wmówić, że tam żadnych walk nie było, że Rosjanie przyszli nam pomóc. W chwili obecnej chyba nie ma już osoby, która by w to wierzyła. Jednak propaganda socjalistyczna skutecznie zakryła mgłą poświęcenie tych, którzy stawiali opór na wschodzie. Przeciętny Polak wspomni może o obronie Grodna, czy oporze Wilna. Jednak w większości uważa się, iż wojsko polskie cofało się oddając kraj bolszewikom zajmującym polskie miasta i wsie z marszu. Kłam tej tezie zadaje jednak mała miejscowość w Obwodzie Wołyńskim, obecnie na Ukrainie a wtedy w granicach II RP. Miasteczko Szack, właśnie tam żołnierze z Korpusu Obrony Pogranicza pod rozkazami generała Wilhelma Orlik-Ruckemanna stoczyli zwycięską bitwę z wlewającą się do Polski Armią Czerwoną. Szczegóły tych starć zostały jedynie pobieżnie opisane i niestety wiele aspektów z pewnością przepadło na zawsze, lecz to z tego powodu należy je wspominać i opisywać, by całkiem nie zagubiły się w annałach historii.
Wszystko zaczęło się 17 września 1939 roku...

piątek, 1 września 2017

Smok Kaszubski - O marynarzach, którzy jeździli koleją.

Marynarze w skupieniu i ciszy wpatrywali się w gęstniejący mrok wrześniowego wieczoru. Każdy na swoim stanowisku, gotowy w jednej chwili podjąć walkę. Mat Małecki pochylony nad osłoną działka tylko czekał na sposobność do oddania salwy. Dziwnym jedynie elementem był fakt, że polscy marynarze zajmowali pozycje w wagonach ciągniętych przez lokomotywę. Co prawda huśtało nieco niczym na okręcie, jednak dźwięki jakie wydawała ich jednostka były z goła różne od tych do których przywykli. Był 10 września 1939 roku. Pociąg pancerny "Smok Kaszubski", wdzierał się niezauważony coraz głębiej na tyły Niemców. Rozkaz pułkownika Dąbka brzmiał jasno: "Dotrzeć do odciętego przez wroga 1 Pułku Morskiego i wesprzeć w celu ewakuacji". W wagonie obłożonym 9 mm blachą tłoczył się oddział desantowy gotowy do walki. Parowóz ciągnął, monotonnie stukając po szynach, skład 6 wagonów. Niemca nie było jak na razie widać. Kiedy zapadła już zupełna ciemność, pociąg zbliżył się do Redy. Na rozkaz lokomotywa zatrzymała się, szarpiąc wagonami. Pod nasyp podeszło kilka postaci. 
- "Jesteśmy z pierwszego!"   
Krzyknęła jedna z nich i zniknęła między drzewami, by po chwili powrócić z kilkoma żołnierzami niosącymi swoich rannych towarzyszy. Z wagonu desantowego wylali się marynarze ubezpieczając ewakuację i pomagając wnosić tych, którzy nie byli w stanie iść o własnych siłach. W kilka minut było już po akcji. Z całego pułku ostała się jedynie zmaltretowana garstka. "Smok" ruszył z łoskotem w drogę powrotną w kierunku Gdyni. Zaczynało świtać, a przed składem w dali dało się słyszeć strzały i huk wybuchów. Pociąg przyspieszył gdy nagle marynarskim oczom ukazali się polscy żołnierze z 3 Batalionu Rezerwowego nacierający na Niemców wzdłuż drogi z kierunku Zagórza. 
Gwizdek! To dowódca "Smoka" dał sygnał do zatrzymania. Wróg nie spodziewał się Polaków na swoich tyłach a na pewno nie pociągu pancernego. Ogień z CKMów i działka celnie "kosił" żołnierzy Wehrmachtu, którzy bezradnie próbowali się przegrupować. Ostatecznie byli zmuszeni odskoczyć a "Smok Kaszubski" pośród wiwatu chłopców z Batalionu Rezerwowego, ruszył w dalszą drogę.     
* Tekst na podstawie materiałów źródłowych.

Artystyczna wizja "Smoka Kaszubskiego" pod mostem na ul. Wyspiańskiego w Gdańsku

O pociągach pancernych z września 1939 roku chyba każdy słyszał, przynajmniej przelotnie. Historia tego konkretnego egzemplarza jest może krótka, ale za to bardzo interesująca i tak naprawdę nie do końca jasna. Chociażby sam fakt, że nie ma żadnych zdjęć, które by dokumentowały istnienie tego pociągu, czy też to, że załogę stanowili marynarze i tak naprawdę był prowizorycznym pociągiem pancernym powstałym z prywatnej inicjatywy jego dowódcy. Zapraszam na krótką opowieść o "Smoku Kaszubskim."

sobota, 19 sierpnia 2017

Wyślij kartkę do powstańca.

Ja już wysłałem a ty?

Dzięki inicjatywie www.bohateron.pl Każdy z nas może pokazać swoją wdzięczność i pamięć tym którzy walczyli za Polskę, za nas w trakcie Powstania Warszawskiego.




Kartki są dostępne bezpłatnie, punkty dystrybucji można znaleźć na stronie inicjatora, lub wysłać ją bezpośrednio on-line. 
Czasem mały gest potrafi wywołać wielki efekt. Ja już wysłałem kartkę a ty? 

Przydatne linki:

poniedziałek, 31 lipca 2017

1.08.1944 - A gdy padły pierwsze strzały.

Kapral podchorąży Armii Krajowej, Zdzisław Sierpiński wraz ze swoją drużyną podejmuje broń z zakonspirowanego składu w jednym z warszawskich domów. Jest 1 sierpnia  1944 roku, około godziny 13, a dzień jest upalny. Ludzie "Świdy", bo takim pseudonimem posługuje się Sierpiński, upychają w milczeniu pistolety, peemy i granaty pod marynarki i płaszcze. Część broni ląduje w workach. Wszyscy dzielą się na grupki i opuszczają oddzielnie lokal. Ich "towar" musi trafić do punktu koncentracji oddziałów 9 Kompanii Dywersji Bojowej "Żniwiarz" na Żoliborzu. Jakże będą musieli się rzucać w oczy, tak naubierani, kiedy żar leje się z nieba. W głowie "Świdy" echem odbijają się słowa odezwy konspiracyjnej, zamieszczonej w biuletynie radiowym "AR":
"W ostatnich dniach zdarzyło się na terenie Warszawy szereg wypadków lekceważenia sobie środków ostrożności w stosunku do okupanta. Lekkomyślność ta pociągnęła za sobą wiele niepotrzebnych i bolesnych ofiar. Należy pamiętać, że nie czas jeszcze na dekonspirację." 
Godzinę "W", czyli moment wywołania powstania zaplanowano na godzinę 17. W całej Warszawie właśnie koncentrują się oddziały AK, podejmowana jest broń z zamelinowanych magazynów. Łączniki alarmowe od rana przekazują rozkaz pułkownika Antoniego Chruściela "Montera" o wybuchu powstania w mieście. Grupka młodych, dziwnie ubranych jak na letnią porę ludzi idzie ulicą Kochanowskiego, na czele którego nonszalancko kroczy 20 letni Sierpiński. Nagle rozlega się warkot ciężarówki. To od strony Powązek nadjeżdża niemiecki patrol żandarmerii. Samochód jedzie powoli w stronę plutonu AK, oficer siedzący obok kierowcy przygląda się przechodniom. Ludzie "Świdy", częściowo już w butach z cholewami i spodniach od munduru muszą się cholernie wyróżniać na tle "normalnych" warszawiaków. Zdzisław patrzy w oczy Niemca, wydawać by się mogło, iż ten doskonale wie kim są... Tylko jeszcze się zastanawia czy zareagować, czy udać że nic nie widzi. Po krótkim rachunku zysków i strat, na twarzy hitlerowca maluje się zdecydowanie.
"Halt! Hände hoh!"
Ciężarówka hamuje z piskiem opon, Polacy padają na ziemię wyjmują broń i zaczynają strzelać do Niemców. Nim ci zdążyli jeszcze wyskoczyć z samochodu, z drugiej strony podchodzi wsparcie AK, wysłane dla dodatkowego zabezpieczenia transportu broni. W stronę ciężarówki leci kilka granatów. Auto staje w płomieniach, kilku nazistów leży na ulicy a reszta ucieka. Sierpiński rozkazuje szybki odwrót i dociera bez strat własnych na miejsce zbiórki. To nie tak miało być, jeszcze za wcześnie, jest godzina 13:50. Pierwsze strzały powstania warszawskiego padają ponad 3 godziny za szybko.
*Tekst na podstawie wspomnień Zdzisława Sierpińskiego, oraz książki Władysława Bartoszewskiego "Dni walczącej Stolicy"

Powstańcy Warszawscy przygotowujący się do walki. Sierpień 1944 rok.
Źródło: Mikołaj Kaczmarek

Kiedy Tadeusz "Bór" Komorowski wydawał rozkaz pułkownikowi Chruścielowi, przywódcy powstania, liczył na efekt zaskoczenia i kiepskie morale niemieckich żołnierzy. Rozkaz brzmiał:
"Jutro o piątej po południu rozpocznie pan działania."
Decyzja była oparta na informacji o zbliżającym się froncie sowieckim, który miał dotrzeć do stolicy kiedy ta będzie już wolna. Armię czerwoną miały przywitać polskie struktury administracyjne i polska armia (Armia Krajowa).

poniedziałek, 17 lipca 2017

10TP - "Amerykanin po polsku"

W czwartkowy poranek 25 kwietnia 1939 roku, na bruk drogi Radzymińskiej, z chrzęstem gąsienic, w asyście innych pojazdów wjechał dosyć osobliwy czołg. Kolumna składała się z kilku pojazdów wojskowych, które całe zakurzone i obłocone rwały do przodu. Dzieci i dorośli przystawali by obejrzeć się na to niecodzienne zjawisko, pojazd pędzący na czele wydawał się być czołgiem jednak brak mu było lufy czy nawet jakiegokolwiek KMu. Z luków pojazdów konwoju, wystawały jedynie głowy opatrzone w charakterystyczne  hełmy khaki bez daszka i czarne berety. Wozy pojawiły się nagle i jakby znikąd, nikt nic nie wiedział o defiladzie, przemarszu czy manewrach. 
Kierowca - mechanik prowadzący pierwszą maszynę, przetarł znużone oczy myśląc: 
"Taka trasa... Dzięki Bogu już Warszawa."
Zmęczony ale dumny ze swojego nowego pojazdu, ze swojego kraju, czuł podekscytowanie możliwością wzięcia udziału w testach prototypu polskiego czołgu.
Kiedy nagle na skraju pola widzenia kierowcy, gwałtownie pojawił się jakiś obiekt. Czołgista automatycznie szarpnął za drążki, cedząc przez zaciśnięte zęby:
-"Skurrrww!"
Maszyna twardo szarpnęła się na prawo i w huku spadających gąsienic wyrwała granitowy krawężnik osuwając się do rowu. Przestraszony motocyklista, który nie zauważył wojskowego taboru, zachwiał się na swojej maszynie mało co nie upadając na szosę. Pozostałe pojazdy stanęły natychmiast, z ich wnętrz w pośpiechu zaczęli wyskakiwać żołnierze. Oficer siedzący w wieży "dziwnego" czołgu, zeskoczył na zrytą ziemię obok maszyny. Widząc zerwane gąsienice i pusto obracające się koła krzyknął do pozostałych:
-"Trzeba odrzucić grunt i spróbować naciągnąć gąsienice!" 
Przykucnął, dokonując oględzin miejsca gdzie czołg zawisł na garbie rowu. Kierowca wygramolił się z luku zwracając się do swojego dowódcy:
-"Co za gałgan jeden, ledwośmy go minęli. Zmiażdżyliby my go jak nic."
Wokół zaczęła zbierać się gawiedź, ktoś przyniósł aparat fotograficzny i zaczął robić zdjęcia. Pancerniacy próbowali go przegnać ale bezskutecznie. W końcu oficer zirytowany sytuacją rozkazał swojej załodze:
-"Przynieść mi tu płachtę i nakryć wóz! Tylko żwawo, jeszcze sobie nasz nowy czołg wróg szybciej obejrzy niż na defiladzie pojedziem."             
*Sfabularyzowany tekst na podstawie materiałów źródłowych.



Czołg 10TP na dziedzińcu Warsztatów Doświadczalnych BBT Br.Panc. w Ursusie

Siłą II PR na polu walki byli ułani, to oni ratowali ojczyznę od czerwonej powodzi nadciągającej ze wschodu. Jednak to co dobrze się sprawdzało w 1920 roku, z biegiem lat stawało się niewystarczające i Polacy zdawali sobie z tego sprawę. Młody kraj, który odbudowywał swoją egzystencję potrzebował broni pancernej. Nie było to jednak takie proste zadanie, jeśli wziąć pod uwagę sytuację ekonomiczną, oraz geopolityczną. Jednym z ambitniejszych projektów i w pełni dorównującym pod względem technicznym, konstrukcjom naszych nieprzychylnych sąsiadów, był czołg PZInż 10TP. Czołg, który miał przede wszystkim bronić wschodnich granic kraju, niestety nie wyszedł poza prototypowy egzemplarz. Oto krótka historia polskiej myśli technicznej opartej o amerykańską konstrukcję, odtworzoną z pamięci i ulotek.

poniedziałek, 3 lipca 2017

Helgoland - Malutka wysepka o wielkiej historii

Niedzielne popołudnie zapowiadało się nadzwyczaj spokojnie i pogodnie, kiedy Franz Schensky wraz ze swoim szwagrem wybrali się na wycieczkę żaglówką. Z Helgolandu w kierunku Hamburga i Bremen wypłynął własnie ostatni prom tego dnia i na małą wysepkę powróciły spokój i cisza. Kiedy słońce skłaniało się już w stronę zachodu zerwał się mocniejszy wiatr a błękit nieba przysłoniły chmury. Szwagier będący na urlopie u Schenskyego, popatrzył niespokojnie w górę. Wówczas z uśmiechem na twarzy odezwał się Jacob Hamkens, wprawiony żeglarz i właściciel stateczku, którym płynęli:
- Spokojnie, tylko straszy. Lato tego roku jest wyjątkowo łaskawe dla helgolandzkich szyprów. Już zarobiliśmy dobry grosz a to jeszcze nie koniec w tym sezonie, jeśli aura pozwoli...
I faktycznie po chwili niebo przetarło się a wiatr uspokoił i popołudniowe słońce znów zaczęło grzać. Kiedy w końcu Franz i jego szwagier dobili do portu, na nabrzeżu tłoczyli się, głośno dyskutując, urlopowicze i miejscowi. Szwagrowie wyskoczyli z żaglówki na molo i skierowali się w stronę tablicy ogłoszeniowej, przy której gromadził się tłum. Jeden ze stojących tam mężczyzn na ich widok podszedł pospiesznie i podekscytowanym głosem oświadczył:
- Austriacki następca tronu wraz ze swoją małżonką zostali zamordowani. To się nie skończy dobrze, teraz będziemy mieli wojnę.  
Schensky zmarszczył czoło i po chwili odezwał się do znajomego:
- Jacob, spokojnie. To z pewnością tragiczna i niepokojąca wiadomość, lecz czy taki incydent może wywołać międzynarodowy konflikt? Tak często w przeszłości wojna była już prawie pewna. 
Był 28 lipiec 1914 roku i tak burzliwie jak wybuchła dyskusja na temat mordu dokonanym na Franciszku Ferdynandzie i jego małżonce, tak szybko wszystko się uspokoiło. Helgoland powróciła do normalności, wyspa żyła pełnią sezonu urlopowego i cieszyła się wspaniałą pogodą. Jednak miało się to zmienić już niebawem. 
Franz Schensky przechodził 31 lipca wieczorem przez zwykle zaludniony Marcusplatz. Jednak tym razem musiał przystanąć. Był piątek i ani żywej duszy, wszystkie zwykle gwarne lokale i kawiarenki miały pospuszczane rolety a stoliki i krzesła zniknęły z tarasów. Wszyscy turyści otrzymali tego dnia polecenie opuszczenia wyspy. Cała okolica wyludniła się prawie zupełnie, jeśli nie liczyć Helgolandczyków i garnizonu... 
Wraz z odpłynięciem turystów do portu zaczęły zawijać niemieckie łodzie torpedowe i U-Boty. Garnizon w twierdzy, również wydawał się pękać w szwach. Teraz nawet Schensky był przekonany - "Wojna jest pewna." 
2 sierpnia 1914 roku stało się to czego nie spodziewał się nawet Franz Schensky. Cała Rzesza niemiecka skandowała parol "Gott strafe England" (Boże ukarz Anglię), Tylko na małej wysepce na Morzu Północnym zapanowała cisza a euforia z kontynentu nie przeniosła się w ten zakątek ziemi. Tego dnia Schensky wraz z rodziną pospiesznie pakował podręczny bagaż. Więcej nie wolno im było zabrać. Rozkazem komendanta garnizonu wszyscy mieszkańcy, a było ich 3.427, musieli w przeciągu 24 godzin opuścić wyspę. Cały teren zamienić miał się w bazę wojenną. Schensky ze łzami w oczach zamknął drzwi swojego domu, klucz pozostawił jednak w zamku nie przekręcając go - tak brzmiał rozkaz w rozporządzeniu. 
Rankiem 3 sierpnia 1914 roku około godziny 9, Franz Schensky jak również jego rodzina i sąsiedzi, patrzyli z pokładu parowca "Cobra" na znikającą za horyzontem wysepkę Helgoland. Opuszczali swój dom w imię cesarza, ojczyzny i ideałów polityków. Kurs Hamburg...    
*Sfabularyzowany tekst na podstawie wspomnień Franza Schenskyego.     


Helgoland dzisiaj. Widok od północnego-zachodu. 

Jak ważna może być malutka, bo o areale zaledwie 1 km², wysepka na Morzu Północnym? Czy taki skrawek ziemi możne mieć bogatą i tragiczną historię? Niejedno państwo na świecie nie może zapisać w swoich dziejach tyle ciekawostek, smutku i zniszczenia co wyspa Helgoland. Przechodząca z rąk do rąk, niszczona i odbudowywana, tylko po to by próbować ją później zupełnie unicestwić i zetrzeć z mapy świata. Dzieje tej ognistoczerwonej wyspy są tym dramatyczniejsze, że w samym środku burzliwych wydarzeń stali jej mieszkańcy. Niezależnie od tego kto akurat nimi rządził tak naprawdę zawsze uważali się za Helgolandzczyków, czy jak sami się nazywają "Insulan".
Oto streszczenie dziejów tego małego zakątka ziemi.

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Unrug Józef - Jak Niemiec stał się Polakiem

Niemiecki Oflag Spittal an der Donau rok 1940.
Przed budyneczek komendanta obozu jenieckiego dla oficerów zajechała limuzyna. Strażnicy wypięli swoje piersi i z wyprostowaną ręką w geście hitlerowskiego pozdrowienia, powitali wysiadające osoby. Z budynku pospiesznie wyszedł niemiecki oficer, naśladując swoich żołnierzy zawołał:
- Heil Hitler! General Major! Pański kuzyn czeka już w moim biurze. 
Pozostali dostojnicy, którzy wysiedli z samochodu wraz z przywitanym generałem, popatrzyli po sobie dziwiąc się jak jeniec trafił do biura komendanta oflagu. Cały orszak ruszył po schodkach do wnętrza gmachu. Przy biurku z założoną nogą na nogę siedział wysoki mężczyzna, w niewielkiej odległości miejsce pod oknem zajmował podoficer Wehrmachtu. Gdy weszli hitlerowscy dygnitarze poderwał się na nogi i oddał honory. Siedzący na krześle polski oficer spojrzał przelotnie na Niemców i bez emocji strzepnął niewidoczny pyłek z kolana swoich spodni. Generał Major, który tak energicznie został przywitany przez nadzorcę placówki stanął na środku pomieszczenia i rozkładając szeroko ręce, zwrócił się do siedzącego jeńca.    
- Joseph, mój kuzynie. Ile to już lat?
Joseph spojrzał bez emocji na swojego rozmówcę i wymownie uniósł brwi. Niemiec podszedł bliżej i przysuwając sobie krzesło komendanta mówił dalej.
- Doniesiono mi, że tu przebywasz, ale to musi być jakaś straszna pomyłka. Joseph, dlaczego nie powiedziałeś, że jesteś Niemcem? Ja...
Siedzący na krześle do tej pory bez słowa, uniósł dłoń przerywając swojemu kuzynowi i stanowczym ale spokojnym tonem, odezwał się po francusku:
- Jestem polskim oficerem marynarki!
Generał w osłupieniu przenosił wzrok to na swojego kuzyna to na pozostałe osoby w pomieszczeniu. W końcu znów podjął rozmowę:
- Joseph, jaki polski oficer? Co ty wygadujesz? Skończmy te farsę. Zdajesz sobie sprawę ze swojego położenia? Admiralicja Kriegsmarine zaproponowała ci miejsce w sztabie, zachowasz swój stopień admiralski... Cóż to w ogóle za teatr? I dlaczego mówisz do mnie po francusku?
Po krótkiej chwili ciszy, Joseph zacisnął szczęki a jego oczy zwęziły się. Oschłym tonem nadal po francusku cedził słowa przez zaciśnięte zęby:
- Nazywam się Józef Unrug, Jestem Polakiem i oficerem polskim a taka propozycja to dla mnie zniewaga i potwarz, nigdy jej nie przyjmę. Nie obrażaj mnie w ten sposób... kuzynie. Jeśli chodzi o niemiecki, to 1 września zapomniałem tego języka.
Generał Walther von Unruh był w ciężkim szoku, otwierał to znów zamykał usta nie wiedząc co powiedzieć. W końcu beznamiętnym tonem spytał:
- Jak mogę ci więc pomóc, czego ci potrzeba?
Jego kuzyn bez chwili zastanowienia spokojnie odrzekł:
- W moim pokoju jest nieszczelna zasłona. 
Osłupieni Niemcy w milczeniu, patrząc po sobie opuścili biuro komendanta obozu, który spiesznie odprowadzał ich do samochodu. Pozostawiony jedynie z niemieckim tłumaczem Unrug, ujął swoją nieodłączną laskę i wstał zmierzając do drzwi. Hitlerowski podoficer poderwał się i zawołał:
- Stać! Komendant nie pozwolił odejść!
Unrug obrócił się na pięcie do żołnierza i piorunując go spojrzeniem, odezwał się, tym razem po polsku jednak z wyraźnym niemieckim akcentem:
- Jak śmiesz! Wiem że jestem w obozie jenieckim, ale jestem naczelnym dowódcą floty polskiej i wymagam takowego traktowania! Szczególnie przez niższych rangą żołnierzy.
Na tę wymianę zdań wpadł komendant placówki, nim cokolwiek zdołał powiedzieć kontradmirał Unrug przeniósł na niego wzrok kończąc swoją wypowiedź:
- Zostałem odznaczony najwyższymi krzyżami Francji i Niemiec, i nie pozwolę by byle kto mówił mi co i kiedy mam robić! 
Po tych słowach wyszedł z pomieszczenia. Niemcy pozostawieni sami sobie, jeszcze przez krótką chwilę stali wyprostowani na baczność. Nadzorca obozu tłumił w sobie odruch by zasalutować za wychodzącym. Było mu wstyd, że polski jeniec potrafi wydawać mu rozkazy...      
   *Sfabularyzowany tekst na podstawie materiałów źródłowych.

Józef Unrug w 1930 roku, w tedy w stopniu Komandora.

O Józefie Unrugu, można śmiało powiedzieć, że jest wybitnym wśród nieznanych. Barwna postać historyczna, przykład patriotyzmu a jednak dzisiaj nieco zakurzona i jakby zapomniana. Chciałbym przybliżyć wam postać człowieka, który pokochał swoją ojczyznę, pomimo że jej nie znał, pomimo że nie istniała. O niewielu żołnierzach a nawet ludziach można w końcu powiedzieć, iż kupili okręt dla swojego kraju za własne pieniądze.
Pozwólcie, że przedstawię wam jedną z moich ulubionych postaci polskiej historii. Józef Unrug.