piątek, 11 listopada 2016

Lwów 1918 - Cena niepodległości

- Kiedy Polska odzyskała niepodległość?
- 11 Listopada 1918 roku.
- Nic bardziej mylnego...
Proces odzyskiwania nieodległości był stopniowy, a państwo polskie po 123 latach niebytu, nie pojawiło się nagle jednego dnia na mapach świata. Starania narodu ku odzyskaniu wolności rozpoczęły się już w momencie jej utraty. Jednak narastanie nadziei niepodległościowych jak i sama droga do jej odzyskania, miały początek już w 1916 roku. W tedy to 5 Listopada władze niemieckie i austro-węgierskie, w wydanym przez siebie akcie proklamowały powstanie Królestwa Polskiego. Co prawda był to twór marionetkowy i w pierwszej fazie swego istnienia bez-terytorialny, jednak stał się podwaliną suwerenności dla wszystkich Polaków.
Co więc stało się 11 listopada 1918 roku? Tego dnia przekazano władzę nad całym tworzącym się Wojskiem Polskim, dzień wcześniej przybyłemu do Warszawy z niemieckiego więzienia w Magdeburgu, Józefowi Piłusudzkiemu. Wojska niemieckie rozpoczęły opuszczanie terytorium Królestwa Polskiego, a niemiecki garnizon w Warszawie został rozbrojony. No i oczywiście, w wagonie kolejowym w lasku Campiegne podpisano rozejm między Państwami Centralnymi a Ententą, kończący de facto I Wojnę Światową. Nic więc szczególnego jeśli chodzi o Polskę, bo na przykład depeszę notyfikującą powstanie niepodległego Państwa Polskiego, podpisano dopiero 16 listopada. Natomiast pierwsze państwo które uznało polską suwerenność, nawiasem mówiąc była to Republika Niemiecka, uczyniło to 21 tego miesiąca. Dlaczego więc 11 listopad? Tego dnia zapanowała ogólna euforia narodowa. Do polaków dotarł fakt, że teraz będą mogli rządzić się sami, iż są wolni w swej mowie, myśleniu i wyborze rozwoju. Tego dnia ludzie poczuli to na co czekały 4 pokolenia. Jeden z działaczy niepodległościowych Jędrzej Moraczewski,  napisał 11 listopada 1918 roku takie słowa:
"Niepodobna oddać tego upojenia, tego szału radości, jaki ludność polską w tym momencie ogarnął. Po 120 latach prysły kordony. Nie ma „ich”. Wolność! Niepodległość! Zjednoczenie! Własne państwo! Na zawsze! Chaos? To nic. Będzie dobrze. Wszystko będzie, bo jesteśmy wolni od pijawek, złodziei, rabusiów, od czapki z bączkiem, będziemy sami sobą rządzili."
Jednak droga po tak upragnioną niezależność i wolność jeszcze się nie skończyła. Można wręcz rzec, iż dopiero się zaczynała...

Józef Piłsudski na dworcu kolejowym w Warszawie. 11 listopada 1918 roku. 

11 Listopada 1918 roku nie wszyscy Polacy upajali się euforią, a łzy w ich oczach nie wszędzie były łzami radości. Lwów tego dnia "krwawił" płacąc cenę za bycie polskim...

sobota, 29 października 2016

Cromwell - Niedoceniona legenda

13 czerwca 1944 roku, około godziny 4:30. Północna Francja, droga do Villers-Bocage.
Bezkresna kolumna czołgów, wozów pancernych, ciężarówek i ciągników artyleryjskich wraz z uczepionymi za nimi armatami, stała w bezruchu wzdłuż drogi. Nagle z pomiędzy pojazdów z prowizorycznego obozowiska zaczęły wyłaniać się postacie brytyjskich żołnierzy. Pakowali sprzęt, zapalali silniki swoich maszyn, było widać iż trwają przygotowania do wymarszu. Jednak wojsko to wyglądało dosyć dziwacznie. Obok młodych sprężyście i szybko uwijających się żołnierzy w zapiętych pod szyję battle-dressach, dużą część stanowili osobliwie poubierani ludzie, nonszalancko wspinający się na czołgi i opierający o ich pancerze z papierosem w zębach. Ich strój mógł jedynie przy dobrej woli przypominać mundur Royal Army. Kolorowe apaszki, skórzane kurtki, swetry oraz sztruksowe spodnie i zamszowe buty, wybijały się na tle mundurów ich kolegów z uzupełnień. Jedynie baretki "Africa Star" świadczyły o tym, że ma się do czynienia z regularną armią. Ludzie wskakiwali na nowe czołgi "Cromwell" i Shermany V "Firefly". Tak wyglądała kolumna 22 Brygady Pancernej, oraz jednostek dywizyjnych 7 Dywizji Pancernej "Desert Rats". Była to najsławniejsza brytyjska dywizja pancerna, która "zdobyła Afrykę Północną". 
Czołgi ruszyły w stronę Villers-Bocage około godziny 4:30, zgodnie z rozkazem generała Erskine. Celem było wzgórze 213, klucz do zdobycia Caen. Rozciągnięta kolumna żwawo ruszyła do przodu, nie napotykając większego oporu ze strony Niemców. Nie zawracano sobie więc głowy rozpoznaniem terenu. Około godziny 7:00 pierwsze czołgi Szwadronu "A", 4 Batalionu County of London Yeomanry, dotarły na obrzeża miasteczka. Jeden z czołgistów przyglądał się beznamiętnie jak jakiś oficer wypytuje napotkanych miejscowych. Stojący na przodzie człowiek po chwili energicznie pokręcił głową i zaczął coś pokazywać rękoma. Chłopi Twierdzili, iż w miasteczku nie ma Niemców, jedynie w zamku znajduje się kompania piechoty. Cała kolumna ruszyła a kiedy jej pierwsze pojazdy dotarły do wzgórza 213, na rozkaz Brygadiera Hinde´a zaczęły zajmować pozycje. Czołgi i wozy pancerne zjechały z drogi, a część pojazdów szwadronu "A" rozjechała się na północ i południe by prowizorycznie ubezpieczyć pododdział. Był ciepły przyjemny poranek, żołnierze zaczęli wysiadać z czołgów i rozkładać się w okolicy. Gdzieniegdzie słychać było parujące prymusy, na których parzyła się herbata. Wszyscy oficerowie mieli wziąć udział w odprawie u pułkownika Cranley´a, w centrum miasteczka Villers-Bocage, więc ruszyli w drogę, w swoich scout carach, pozostawiając żołnierzy w rękach podoficerów.   
Nikt ze "Szczurów Pustyni" nie zdawał sobie sprawy, że zaledwie 200 metrów od ich pozycji znajduje się 5 zamaskowanych Tygrysów, 2 Kompanii 101 Ciężkiego Batalionu Pancernego SS. Ich dowódca aż się do siebie uśmiechnął widząc jeden za drugim, gęsiego na poboczu ustawione brytyjskie czołgi. Michael Wittmann postanowił skorzystać z nadarzającej się okazji. Niemieckie czołgi zaczęły posuwać się wzdłuż jaru przy drodze, za wysokim wałem ziemi. Odgłos ich silników zagłuszał gwar i ruch na szosie. Niemcy podjechali na 50 metrów do angielskich pozycji i dopiero gdy Cromwell stojący na końcu kolumny Szwadronu "A" stanął w płomieniach, ci zorientowali się iż są atakowani. Jeden z Shermanów oddał niecelny strzał w stronę Tigerów, ale po chwili sam zamienił się w kupę dymiącego złomu, tarasując całą szerokość szosy. Kolumna była ostrzeliwana przez trzy Tygrysy od południa i jednego z północy. Wittmann zdecydował się na samotny atak, ruszył swoją maszyną w kierunku drogi. Dotarł do niej na tyłach pododdziału "A" 4Th Count of London Yeomanry i skręcił w kierunku miasteczka. Przy pełnej prędkości, poruszając się szosą, strzelał do pojazdów stojących na poboczu. Kiedy dotarł do Villers-Bocage, Szwadron "A" 4th CLY praktycznie przestał istnieć. 5 tygrysów zniszczyło 11 Cromwelli i 4 Shermany. Teraz do walki włączyły się operujące nieopodal, czołgi Dywizji Panzer Lechr. i jej grenadierzy ukryci w budynkach, a w mieście czekały na Niemców kolejne "ofiary". 
13 czerwca 1944 roku był czarna kartą w historii dywizji "Szczurów Pustyni" i w historii Cromwelli.

Czołg Cromwell MK VI z 4 Batalionu County of London Yeomanry i jego załoga. Normandia czerwiec 1944

Na historię Cromwella, składa się szereg prototypów, prób, przeróbek i tymczasowych rozwiązań. Czołg ten jest tym ciekawszy, iż na jego podstawie powstał czołg Comet, który  jest uważany za prekursora nowoczesnych czołgów podstawowych.

wtorek, 11 października 2016

Häyhä Simo - Śmierć nosi biel

Karelska zima na początku 1940 roku była surowa i okrutna. Nie tylko dlatego, że mrozy sięgały do -40 stopni Celsjusza. Znacznie większym problemem dla Finów byli sowieci depczący ich śnieg. Simo Häyhä postanowił, że wyrzuci nieproszonych gości ze swojej ojczyzny. 
O świcie, kiedy słońce dopiero kładło długie szare cienie na puszystym śniegu, drobna postać ubrana cała na biało przedzierała się przez leśną gęstwinę. Ostrożnie, starając się nie robić niepotrzebnego hałasu, mały Fin podchodził coraz bardziej linii nieprzyjaciela. W pewnej chwili zamarł w bezruchu i powoli obserwował otoczenie. Powoli podczołgał się pod rozłożystą sosnę i prawie całkowicie zasypał w kopnym śniegu. teraz Simo stał się zaspą, a może zaspa była Simo? W każdym razie nie sposób było cokolwiek zauważyć. Nawet twarz zniknęła za białym kawałkiem materiału. Kiedy lufa Mosina ukryła się za małym wałem usypanym ze śniegu i polanym wodą, postać całkowicie zastygła w bezruchu. 
"On tam gdzieś jest, postaraj się zlikwidować tego człowieka." 
Rozkazał Simo jego przełożony, porucznik Juutilainen. Chodziło o sowieckiego strzelca wyborowego, który na początku wojny zabił trzech fińskich oficerów. 
"Postaram się."
Odpowiedział krótko. Jednak nie zdawał sobie sprawy, że ten specjalnie ściągnięty z Leningradu człowiek, miał polować również na niego. Minął prawie cały dzień, a Simo nadal w bezruchu leżał zagrzebany w zaspie. Zaczynał zapadać zmrok gdy w zachodzącym słońcu, w znaczniej odległości, coś odbiło jego promienie. Soczewka lunety sowieckiego strzelca. Häyhä wycelował w miejsce refleksu, oddalonego o około 450 metrów. Dokładnie zgrał muszkę i szczerbinkę na plamie odbitego słońca i pociągnął za spust. Mosin szarpnął go za ramię, a usypany przed lufą wał śniegu, doskonale zadziałał tłumiąc dogłos wystrzału i płomień wylotowy. Simo błyskawicznie przeładował karabin i czekał celując w to samo miejsce, nic... 
Sowiecki snajper niecierpliwie obserwował okolicę, klnąc siarczysty mróz, który przenikał przez jego ciało. Miał już dosyć czekania i zamierzał wrócić do bazy. Na "ziemi niczyjej" leżało kilku finów w białych płaszczach. Sowieta czekał aż zjawią się ich koledzy i jak mieli w zwyczaju będą chcieli pozbierać ciała, a może nawet ocalić jakiegoś rannego. W tedy mógłby zapisać na swoja listę kolejnych kilka dusz. Jeszcze tylko ostatni raz chciał spojrzeć przez lunetę swojego karabinu. Cały teren pokrywał świeży śnieg, żadnych oznak obecności wroga. Obserwował własnie rozłożystą sosnę, kiedy nagle pocisk trafił go w twarz i rozerwał tył głowy. Rosjanin nawet nie usłyszał wystrzału.        

Simo Häyhä w kombinezonie maskującym, z białym filcem skrywającym twarz. 

Dziś chciałbym wam zaprezentować postać najskuteczniejszego snajpera w historii. Jego rekordy w eksterminowaniu żołnierzy wroga pozostają niepobite do dnia dzisiejszego. Mimo wszystko jest to postać niezbyt znana, choć w swojej ojczyźnie jest bohaterem narodowym.

sobota, 17 września 2016

Wilno wrześniem - Ostatnie chwile polskości

Pierwsze dni września 1939 roku, upływały w Wilnie jak wszystkie inne tego roku. Ludzie spacerowali w parkach, chodzili na zakupy i do kawiarni. Szkoły i urzędy były otwarte jak zazwyczaj, a w teatrze wystawiano spektakle. Wojna z III Rzeszą wydawała się odległa, ludzie co najwyżej czytając poranną gazetę zadawali sobie pytanie, kiedy Francja i Anglia ruszy wreszcie z ofensywą na zachodzie. O wojnie świadczył jedynie przerzedzony garnizon, oddziały wymaszerowały na zachód i biły się z Niemcem. W Wilnie pozostawiono nieliczne wojska koszarowe. Sytuacja jednak miała się już niedługo zmienić i to w dość drastyczny, oraz brutalny sposób. 13 września nad miastem pokazały się samoloty z czarnymi krzyżami na skrzydłach i naprowadzane przez sowiecką radiostację w Mińsku, bombardowały miasto. Luftwaffe obrało na cel koszary, dworzec kolejowy i elektrownię, bomby spadły również na radiostację na Lipówce. Wojna wkraczała na Wileńszczyznę.

Panorama przedwojennego Wilna. Fotografia: Jan Bułhaka

Kiedy 17 września 1939 roku sowieckie hordy ruszyły by "wyzwolić" Ukrainę i Białoruś od białopolaków i otoczyć bratnią ludność opieką w obliczu wojny. Naczelny Wódz, Edward Rydz-Śmigły wydał dyrektywę ogólną by nie walczyć z sowietami.

czwartek, 1 września 2016

Obrona Poczty Polskiej w Gdańsku - 14 godzin dla Polski

 Wczesnym rankiem, kiedy słońce dopiero zapowiadało swoje wzejście na nieboskłon. Kilkudziesięcioosobowa grupka uzbrojonych ludzi, przy placu Heweliusza, poruszała się niespokojnie pomrukując. SS-Untersturmführer Alfred Heinrich spojrzał na zegarek, była 4:45, po chwili przeniósł wzrok w stronę portu i Zatoki Gdańskiej. Poprzez półmrok świtu widział jedynie szare niebo, ktoś upuścił swój hełm, a echo upadku rozbiło się o ściany pobliskich budynków. 
"Ruhe!"
 Syknął dowódca oddziału, podirytowany opóźnieniem. 4:47 - dwie minuty po terminie, odliczał w myślach Heinrich. Swoją uwagę poświęcił teraz pogrążonemu w ciemności budynkowi polskiej poczty. Nie potrafił wykryć żadnego ruchu, żaden cień nie przesuwał się w oknach. Niemcy prawie przed godziną odcięli prąd i telefon polskiej placówki, teraz czekali na sygnał. Nagle od strony kanału portowego na Zakręcie Pięciu Gwizdków dobiegły ogłuszające eksplozje. Była 4:48 1 września 1939 roku, pancernik "Schleswig-Holstein" rozpoczął ostrzał Westerplatte. Oddział wydzielony z sił: SS-Heimwehr Danzig,  SS Wachsturmbann „E” i Policji Porządkowej "Schutzpolizei" ruszył do szturmu na budynek Poczty Polskiej w Wolnym Mieście Gdańsku. Niemcy liczyli, że szybko uporają się z listonoszami i urzędnikami, by zrzucić tak rażącego ich oczy orła z gmachu i wywiesić flagi z czarną swastyką... 
Naziści podeszli pod budynek i kiedy mieli nadzieję wedrzeć się do środka przez zaskoczenie, z jednego z okien odezwał się polski karabin maszynowy. Z pozostałych zawtórowała mu broń ręczna i poleciało kilka granatów. Alfred Heinrich, dowodzący atakiem wdarł się przez wysadzone drzwi do pocztowej paczkarni, Tam jednak czekali na niego polscy obrońcy padł raniony ogniem ich broni na posadzkę, policjanci "Heimwehr" szybko pozbierali swojego dowódcę i wycofali się.   
Poczta Polska broni się... 
*Sfabularyzowana wersja pierwszych chwil ataku na Urząd Pocztowy nr 1 w Gdańsku.
  
Zdewastowana skrzynka Poczty Polskiej w Gdańsku. Eksponat Muzeum Poczty Polskiej w Gdańsku


Po zakończeniu I Wojny Światowej, Polska mogła odrodzić się po 123 latach niebytu na mapie świata. By zapewnić sobie "okno na świat", delegacja powstającego kraju zabiegała o pozyskanie Gdańska, jako jedynego w obecnym czasie miasta mogącego spełniać tę funkcję.

niedziela, 24 lipca 2016

"Chazarowie" Jarosława Dudka - Recenzja

Na wstępie muszę się przyznać, iż sięgając po książkę pana Jarosława Dudka - "Chzarowie - Polityka, Kultura, Religa", nie miałem pojęcie kim właściwie są ów tytułowi bohaterowie. Ponieważ lubię wiedzieć o czym będę czytał postanowiłem szybko sprawdzić hasło "Chazarowie". Jakie było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że we wczesnym średniowieczu byli liczącą się potęgą. Ba można nawet stwierdzić, iż stworzyli prawdziwe imperium rozciągające się od morza Kaspijskiego po wschodnią Europę. Kiedy natknąłem się na cytat pisarza Arabskiego z X wieku Ibin Rosetha, dotyczący władcy Chazarów:
"...w piątek modli się wraz z muzułmanami, w sobotę z Żydami, zaś w niedzielę z chrześcijanami” 
Wiedziałem, że muszę wiedzieć więcej. Tym bardziej, iż tak na prawdę Chazarowie są bardzo tajemniczym ludem i dziś nie wiadomo do końca co jest prawdą a co mitem.

Na samym wstępie do książki, pan Dudek zaskoczył mnie cytując fragment listu Chasadaja ibin Szapruta do władcy Chazarów. Wprowadza to czytelnika w atmosferę tamtych czasów i wzmaga zaciekawienie tematyką. Zresztą na dalszych stronach, autor również w zręczny sposób posługuje się różnorakimi tekstami źródłowymi. Staranność w zachowaniu przejrzystości pomaga w zrozumieniu zagmatwanych dziejów tego ludu. Książka podzielona jest na rozdziały, w których autor stara się odpowiedzieć na kolejne pytania. Sposób jego analizy i posiłkowanie się mniej lub bardziej znaną bibliografią, pozwala mieć wrażenie, że czytelnik bierze czynny udział w badaniu zagadnienia.
Do dziś pozostaje wiele nierozstrzygniętych kwestii odnośnie Kaganatu Chazarskiego, można śmiało powiedzieć, iż jest to najbardziej tajemniczy i najmniej znany lud swojej epoki. Pomimo iż w tamtym okresie tworzył imperium militarne i demograficzne, o którego względy zabiegały między innymi Bizancjum i Kalifat.

niedziela, 17 lipca 2016

Wojna polsko-japońska - Konflikt którego nie było (?)

Co ma Japonia do Polski? Kraj, który leży na drugim krańcu świata. Jakie mogły go łączyć interesy i kwestie sporne z naszą ojczyzną? Wydawać by się mogło, że żadne. A jednak 11 grudnia 1941 roku rząd polski na emigracji wypowiedział wojnę Cesarstwu Japońskiemu. Od odzyskania niepodległości po dzień dzisiejszy jest to jedyna taka deklaracja złożona przez Polskę. Mało tego, konflikt trwał 16 lat i był pełen sprzeczności. Wojna ta zasługuje na miano "Najdziwniejszej Wojny" w dziejach naszego kraju, a wręcz w historii w ogóle.
By ujrzeć całą sprawę w pełnym jej spektrum, należy zacząć od początków relacji II RP z krajem kwitnącej wiśni. A właściwie jeszcze wcześniej.

Członkowie Komitetu Narodowego, Paryż 1918 rok

poniedziałek, 4 lipca 2016

Richthofen - Człowiek za legendą "Czerwonego Barona"

Manfred Albrecht Freicherr von Richthofen, Znany jako "Czerwony Baron." Legenda I wojny światowej, as lotniczy i idol dla współczesnych sobie Niemców. Zawsze honorowy, rycerski, waleczny i przede wszystkim dżentelmen. Lecz czy aby na pewno? Wiele filmów jak również opracowań przedstawia Richthofena własnie w taki sposób. W pierwszych minutach filmu Nikolaia Müllerschöna z 2008 roku, Młody Manfred leci wraz ze swoimi lotnikami na pogrzeb zestrzelonego angielskiego pilota. Łamiąc rozkazy w imię honoru, udaje się na terytorium wroga tylko po to, by przelatując nad jego grobem zrzucić doń wieniec pożegnalny. W innym momencie tego samego filmu wypowiada do swoich pilotów patetyczną kwestię:
"Naszym celem jest zestrzelenie samolotów, nie pilotów! Jesteśmy sportowcami, a nie rzeźnikami!" 
Szukając informacji na temat tego człowieka można trafić na opisy, kiedy po uszkodzeniu wrogiej maszyny i zmuszeniu jej do lądowania Richthofen zatacza nad nią koło i upewniając się, iż pilotowi nic się nie stało odlatuje, bądź ląduje obok i po dżentelmeńsku bierze go do niewoli. Lub też widząc angielskiego pilota, który rozpaczliwie uderza pięściami w zacięte karabiny, zrównuje z nim swój lot i po zasalutowaniu, oddala się w stronę swoich pozycji. Przecież rycerski honor nakazuje oszczędzić bezbronnych.
Czy jest to zgodne z prawdą? Postać tego pilota była wiele razy wykorzystywana do celów propagandowych, przez Kajzera, a potem również przy pomocy Hermana Göringa przez III Rzeszę. Mit, legenda, propagandowe kłamstwa i prawda wymieszały się w takim stopniu, iż nie sposób odróżnić ich dziś od siebie. Jako dowód można przytoczyć jego autobiografię "Der Rote Kampfflieger". Ta niezbyt gruba książeczka została opublikowana w trzech wydaniach. Pierwszym jeszcze za życia samego autora w 1917 roku, drugim w 1920 i trzecim w 1933. Każde z tych wydań różni się zasadniczo od siebie treścią.

Freiherr Manfred Albrecht von Richthofen u szczytu swojej kariery.

W 2015 roku niemiecki historyk, Joachim Castan, dostał możliwość wglądu do rodzinnego archiwum rodu Richthofen. Jako pierwsza osoba z poza rodziny, mógł zobaczyć i przeczytać dokumenty które do tej pory nie były znane opinii publicznej. Wyniki jego "śledztwa" rzucają nieco światła na postać tego młodego pilota i pozwalają odróżnić fałsz od prawdy.
Jak każdą historię o człowieku, należy zacząć ją od jego dzieciństwa...

poniedziałek, 6 czerwca 2016

6 Czerwca 1944 - Jak Polacy ratowali D-Day

"D-Day" to dzień w którym rozpoczęła się długo, bo już od 1943 roku, i rzetelnie planowana operacja "Overlord". Pierwotny termin został wyznaczony na 5 czerwca, jednak z przyczyn pogodowych przesunięto go na następny dzień. 6 czerwca 1944 roku, na normandzkich plażach miała miejsce największa akcja desantowa II wojny światowej i w historii w ogóle. W ciągu 24 godzin w 5 strefach lądowania miało się znaleźć około 200 tysięcy alianckich żołnierzy, którym towarzyszyło 11 tysięcy samolotów oraz około 5,5 tysiąca statków i okrętów. Na przeciwko siebie mieli umocnienia Wału Atlantyckiego, naszpikowane zabójczymi karabinami i artylerią. Za tym "szańcem" znajdowały się dwie niemieckie dywizje pancerne. 12 Dywizja Pancerna SS „Hitlerjugend" i 21 Dywizja Pancerna. Resztę swoich czołgów Niemcy rozlokowali w pobliżu Calais, miejscu w którym, błędnie spodziewali się inwazji. Na sukces przedsięwzięcia wpłynął własnie fakt, że sprzymierzonym udało się przekonać niemiecki wywiad, iż to własnie tam wylądują alianckie wojska. W pierwszych godzinach operacji Hitler nadal myślał, iż cała akcja to zmyłka, mająca na celu odciągnąć główne siły od Calais. Gdy stało się jasnym, że to faktyczna inwazja, niemieckie kolumny pancerne ruszyły zbyt późno by nie dopuścić do uchwycenia przez aliantów przyczółków.        
Tego dnia na francuskich plażach życie oddało około 12 tysięcy aliantów i ponad 4 tysiące Niemców.

Brytyjczycy lądują na plaży "Sword". 6 czerwiec 1944

A gdzie w tym wszystkim Polacy?
-"Was tam nie było."

środa, 18 maja 2016

MG 42 - "Piła Hitlera"

6 czerwiec 1944 rok, wybrzeże Normandii.
Poranek jest zimny i szary, amerykańscy G.I. kulą się w ciasnym wnętrzu łodzi desantowej. Ktoś zwymiotował, trudno określić czy ze strachu, czy z powodu choroby morskiej. Pomiędzy 40 żołnierzami, nad skrzynkami z amunicją pochyla się 19 letni private David Silva. Łódź desantowa podskakuje na wzburzonych falach wywołując zawroty głowy. Jednak nie to jest najgorsze. David dobrze słyszy narastające odgłosy, dochodzące od strony wybrzeża. Wybuchy i strzały, nad nimi jednak góruje przeraźliwy dźwięk. Niczym zasuwanie zamka błyskawicznego, lub cięcie piłą tarczową. To z rzadka przerywany ogień niemieckiego MG 42. Privat Silva niczym mantrę powtarza w głowie instrukcje:
"Po opadnięciu rampy jak najszybciej wybiec z łodzi i szukać schronienia na plaży."
Kule bębnią po burtach łodzi, cześć z nich przebija pokryte cienką warstwą metalu drewno. Żołnierze przykucają by uniknąć rykoszetujących pocisków. Nagle barka wbija się w plaże "Omaha", a klapa opada. Amerykanie podrywają się do biegu. Pierwszy szereg, zamiast zbiec po trapie, wpada do wnętrza łodzi pchnięty pociskami niemieckiego karabinu maszynowego. Kiedy David w końcu przedziera się przez zabitych i rannych, wskakując do wody, na spotkanie ukazują mu się setki ciał porozrzucanych na plaży i unoszących się na wodzie. On jednak biegnie, nawet kiedy trzy kule, nieustannie plującego MG 42, ranią go w nogę i plecy, nie przestaje biec. Wie, że biegnie o swoje życie.  
O świcie 6 czerwca, 21 letni strzelec Heinrich Severloch leży w swojej kryjówce na zboczu unoszącym się nad plażą nieopodal Colleville-sur-mer. Alianckie okręty i bombowce zrzucają setki ton bomb i pocisków na umocnienia obronne. Widerstandsnest 62 wychodzi z tego bez szwanku. Większość eksploduje kilka, kilkanaście metrów za pozycjami Niemców. Nagle następuje cisza. Severloch wie, że przerwano ogień ze względu na jednostki desantowe. Pociąga za zamek swojego MG 42 i wytęża wzrok. O godzinie 6:30 pojawia się pierwsza fala łodzi desantowych, takich fal miało być jeszcze 10. Kiedy tylko opadają "dzioby" statków, Heinrich otwiera ogień do bezosobowej, wylewającej się z wnętrza barek, ludzkiej masy. Pociski jego MG zbierają krwawe żniwo. Karabin prowadzi nieustanny ostrzał prawie przez 8 godzin. Oficer co jakiś czas donosi amunicję, którą Severloch posyła w stronę wroga. Z czasem zaczyna dostrzegać na plaży ludzi z krwi i kości, ludzi których on rani, lub zabija. Ich twarze mają mu towarzyszyć już do końca życia. Jednym z nich jest private David Silva. Severloch jednak nie przerywa ognia, rozkaz jest jasny:
"Utrzymać pozycję za wszelką cenę!"
Poza tym wie, że Amerykanie nie zawahają się przed zabiciem go. Heinrich Severloch prowadzi ogień do końca. Kiedy zużył całą amunicję, co najmniej 12.000 pocisków, strzela ze swojego karabinu. O 15:30, na rozkaz oficera, jako ostatni opuszcza stanowisko 62. Według własnych relacji, jak i danych szacunkowych, tylko jego MG 42 zabija lub rani nie mniej niż 2 tysiące żołnierzy lądujących na plaży "Omaha." 
* Tekst na podstawie wspomnień Davida Silva i Heinricha Severloch.        

Stanowisko MG42 na normandzkiej plaży. 6 czerwiec 1944 rok.

Jeśli chodzi o najlepszy karabin maszynowy okresu II Wojny Światowej, odpowiedź jest prosta; MG 42. Broń ta wyprzedzała znacznie swoich konkurentów, i była używana przez Bundeswehrę w niezmienionej formie, do lat 50 pod zmienioną nazwą MG1. Do dzisiaj niemieckie karabiny maszynowe używane przez wojsko, MG3 nie różnią się wiele od pierwowzoru z lat wojny.

piątek, 29 kwietnia 2016

"Bodrog" - "Kilka wcieleń Monitora"

SMS (Okręt Jego Cesarskiej Mości) "Bodrog" był jednostką Cesarsko-Królewskiej Marynarki Wojennej klasy monitor, a właściwie monitor rzeczny. Na przełomie XIX i XX wieku były to bardzo popularne okręty, dlaczego więc ten akurat ma być wyjątkowy? Nie wiele osób wie o tym, że "Bodrog" jest okrętem który wystrzelił pierwszą salwę Wielkiej Wojny. Dokładnie rzecz biorąc były to pierwsze strzały w ogóle, które zostały oddane jeszcze przed oficjalnym wypowiedzeniem wojny. Można więc rzec, iż fakt ten czyni z niego "Schleswig-Holsteina pierwszej wojny światowej". Mało tego, ów okręt służył 4 różnym nacjom, walczył w obu wojnach światowych i przetrwał do dziś...  

Załoga na pokładzie monitora SMS "Bodrog". Zemun 1914 rok 

Klasa monitor wywodzi się od pierwszego okrętu tego typu. Mianowicie od jednostki zbudowanej w 1862 roku na potrzeby Marynarki Unii, w trakcie wojny secesyjnej, USS "Monitor". W Europie, okręty te były szeroko stosowane na rzekach z powodu niewielkiego zanurzenia, do ostrzeliwania miast, umocnień i zwalczania wrogiej żeglugi rzecznej. Były również użyteczne przy ubezpieczaniu przepraw i przeprowadzaniu desantów.

sobota, 16 kwietnia 2016

Bateria imienia Heliodora Laskowskiego - Ostatni szaniec

Polscy marynarze patrzyli jak do portu na Helu wpływają niemieckie okręty. Stali bez słowa z kamiennymi twarzami. Jednak nie czuli się pokonani, wróg nie zdołał zdobyć półwyspu pomimo wielokrotnych prób od strony lądu, morza i powietrza. Był 2 Października 1939 roku, około godziny 10. Dzień wcześniej dowództwo obrony Helu podpisało akt honorowej kapitulacji, w obliczu bezcelowości prowadzenia dalszego oporu. Oni jednak chcieli walczyć dalej, oni - załoga Baterii Cyplowej nr 31. Jeden z marynarzy spojrzał tęskno w stronę gdzie Bałtyk dotykał nieba. Myślał o swoich towarzyszach służących na polskich jednostkach, którzy otrzymali pozwolenie na ucieczkę. Dla nich walka jeszcze się nie skończyła. 
Żołnierze stali niczym do apelu, kiedy nadjechały hitlerowskie samochody. Naziści wyskakiwali z ciężarówek, z jednego z aut wysiadło kilku niemieckich oficerów. Polscy marynarze spojrzeli na swojego kapitana w nienagannie przywdzianym mundurze, pomimo lewej ręki na temblaku. Jego opanowanie i dumny wyraz twarzy uspokoił ich. Kapitan Zbigniew Przybyszewski, to on potrafił w chwilach zwątpienia i wyczerpania, swoja osobą  podnieść na duchu obrońców Helu. Osobiście kierował ogniem baterii z jednego ze stanowisk ogniowych, gdzie zresztą został ranny. Jednak nawet to nie powstrzymało go od dalszej walki. Teraz Niemiec podszedł do dowódcy helskiej baterii i zasalutował. Następnie zaproponował papierosa, wyciągając w stronę Polaka srebrną papierośnicę. Przybyszewski energicznie potrząsnął głową, szum aprobaty przeszedł przez polskie szeregi. Hitlerowiec zmieszał się nieco, zlustrował polskie oddziały i po chwili patrząc na swego adwersarza, w typowy pruski sposób zażądał:
"Zdać broń!"
Najwidoczniej nie starczyło mu rycerskości by zdobyć się na honorowy gest, który symbolicznie pozwalał pokonanym oficerom zatrzymać ich "białą broń". Kapitan Przybyszewski wystąpił z szeregu z pobladłą twarzą i zaciskając szczęki niewprawnie, jedną ręką odpinał kordzik. Niemiecki oficer wyciągnął rękę, kiedy ranny wreszcie wypiął sztylet, by mu go odebrać. Ten jednak wyminął Niemca i podszedł do nabrzeża. Z rozmachem cisnął swój paradny oręż w fale Bałtyku, dla jego żołnierzy ten gest znaczył więcej niż wszelkie słowa. Ktoś zaintonował: "Jeszcze Polska nie zginęła..." Niepokonani bohaterowie z Helu szli w niewolę śpiewając hymn narodowy. 
*Tekst na podstawie opisów żołnierzy i oficerów baterii helskiej, jak również samego komandora Zbigniewa Przybyszewskiego.



Tak skończyła się walka ostatniej polskiej placówki obronnej w 1939 roku. To aby Hel mógł bronić się kiedy skapitulowała już Warszawa, kiedy większość oddziałów polskich została albo rozbita przez niemiecko-sowieckich agresorów, albo przeszła do Rumunii i na Węgry. Było w większości zasługą bohaterskiej postawy żołnierzy i skuteczności 4 dział, jak również ludzi, którzy umożliwili ich ustawienie i wprawnie dowodzili baterią. Bateria nadbrzeżna nr 31 imienia Heliodora Laskowskiego była największą i najnowocześniejszą w Drugiej Rzeczpospolitej. Oto jej krótka historia i historia ludzi z nią związanych. 

poniedziałek, 14 marca 2016

Mark I - Jak rodziły się czołgi

Pierwszy czołg "narodził" się jako zbiornik na wodę, angielskiej marynarki wojennej. Projekt był bardzo kontrowersyjny i posiadał zarówno skrajnych zwolenników jak i przeciwników.
O pancernym pojeździe, śnił już Leonardo da Vinci, mistrz stworzył rysunki stożkowatej machiny wojennej. Nie ma ona jednak prawie nic wspólnego z współczesnymi, a nawet z pierwotnymi czołgami. Pierwszy projekt pojazdu poruszającego się na gąsienicach i uzbrojonego w armatę 75mm, jest autorstwa kapitana Michelle Levavasseura. Francuski artylerzysta, przedstawił go w 1903 roku. W tamtym czasie jednak, taki wynalazek wydawał się zbędny i niepotrzebny. Krótko przed wybuchem Wielkiej Wojny, dyrektor brytyjskiej firmy Hornsby & Sons, David Roberts promował produkcję gąsienicowych pojazdów pancernych na bazie ciągników rolniczych. Najprawdopodobniej największą motywacją Robertsa był fakt, iż jego firma produkowała właśnie ciągniki rolnicze. Pomysłem zainteresował się król Jerzy V, jednak został on odrzucony przez wojsko. W przededniu  I wojny światowej, francuski pułkownik Jean Baptiste Eugène Estienne stwierdził:
"Zwycięstwo w tej wojnie będzie należeć do tego z walczących, który pierwszy umieści armatę na pojeździe będącym w stanie poruszać się po wszystkich rodzajach terenu."  
Pierwsi prace nad takim pojazdem rozpoczęli Anglicy, latem 1915 roku.

Mark I w Britisch War Museum. Zdjęcie z 1919 roku.

"Ojcem" brytyjskiego czołgu jest Sir. Ernest Dunlop Swifton. Ten angielski major, jak sam pisał, wpadł na pomysł skonstruowania pojazdu pancernego w trakcie podróży samochodem przez Francję 19 października 1914 roku. Był on wówczas korespondentem wojennym. Swój projekt przedstawił w listopadzie tego samego roku. Koncepcję przesłał do Sekretarza Komitetu Obrony Imperium podpułkownika Marice’a Hankeya. Ten z kolei przesłał ją do ministra wojny lorda Horatia Herberta Kitchenera. Jednak ten był zdania, iż takie wynalazki nie wniosą nic do działań wojennych na frontach wojny pozycyjnej.

wtorek, 8 marca 2016

Oktiabrskaja Maria - "Pancerna dama"

"Drogi Józefie Wissarionowiczu, w walce za ojczyznę poległ mój mąż, komisarz Oktjabrski Ilia Fiedotowicz. Za jego śmierć, za śmierć wszystkich sowieckich ludzi zamęczonych przez faszystowskich barbarzyńców, chcę się zemścić na faszystowskich psach, dlatego wpłaciłam do Banku Państwowego na budowę czołgu wszystkie swoje oszczędności, 50 tys. rubli. Czołg proszę nazwać 'Bojowa Przyjaciółka' i wysłać mnie na front jako jego kierowcę. Mam specjalność szofera, świetnie władam karabinem maszynowym, jestem strzelcem wyborowym. Przesyłam wam gorące pozdrowienia i życzę długich, długich lat na postrach wrogom i na chwałę naszej ojczyzny". 

Taki list otrzymał Stalin latem 1943 roku od zdesperowanej 38 letniej kobiety. Wydawać by się mogło, iż zostanie zatrzymany przy pierwszym czytaniu przez jakiegoś komisarza i zaginie na wieki. Tak się jednak nie stało, ale od początku.

Maria Wasiliewna Oktiabrskaja. Fotografia przedwojenna.


środa, 24 lutego 2016

Hakenkreuz - Profanacja swastyki

Czy potraficie sobie wyobrazić polskiego górala, który stawiając nową chałupę zaprasza księdza by poświecił jego nowe domostwo, a jednocześnie wycina na belkach stropowych swastykę? A jednak tak bywało i to nawet w czasach II RP.
To, że Adolf Hitler i jego sztab nie są twórcami tak zwanego Hakenkreuza, wie większość z nas. Lecz skąd on się wziął i jak trafił na sztandary nazistów? Na to pytanie postaram się odpowiedzieć.

Posadzka katedry w Przemyślu. 

poniedziałek, 15 lutego 2016

PZL P.11 - "Maszyna orłów"

1 września anno Domini 1939 o godzinie 5:45 podporucznik Władysław Gnyś, poderwał swoją "jedenastkę" z lotniska w Balicach pod Krakowem. Przed nim startował jego dowódca kapitan Mieczysław Medwedecki. Rozkaz brzmi: przechwycić nieprzyjacielskie bombowce, wracające po bombardowaniu Krakowa. W trakcie lotu wznoszącego porucznik dostrzegł dwa niemieckie Junkersy 87b. Nieprzyjaciel pojawił się nagle, zaskakując zupełnie polskiego pilota. Gnyś dostrzegł jak jeden z nich sieje serią w kierunku jego dowódcy. Pierwsze kule okazały się niecelne, jednak Medwedecki najwidoczniej nie zauważył wrogich samolotów. Jego maszyna nadal wznosiła się nie wykonując żadnych manewrów. Niemiec za drugim razem przyłożył się bardziej, druga seria podziurawiła PZL 11. Mieczysław Medwedecki z przestrzeloną wątrobą próbował "posadzić" swój samolot na polu, jednak przy próbie lądowania maszyna stanęła w płomieniach. Pilot zmarł na skutek złamania podstawy czaszki. Był to pierwszy polski, a zarazem aliancki pilot, który poniósł śmierć w tej wojnie.
Gnyś w tym samym czasie zaatakował drugiego Ju87, jednak dostał się pod ogień Leutnanta Franka Neuberta, który chwilę wcześniej zestrzelił jego kolegę. Wspaniała zwrotność polskiego samolotu, była jedyną przewagą nad nieprzyjacielem i umożliwiła ucieczkę przed Niemcami. Odchodząc od miejsca potyczki skierował się w stronę Olkusza, po kilku chwilach zauważył sunące w szyku sylwetki Dornierów 17E. Polak nie zamierzał unikać walki, postanowił samotnie zaatakować. Miał tylko jedną szansę, jego myśliwiec był wolniejszy od niemieckich bombowców o jakieś 60km/h. Wykorzystując przewagę wysokości opadł w dół i otworzył ogień z dwóch KMów. Iskry i strzępy poszycia sypnęły się z wrogich maszyn. Jedna z nich zachwiała się i zbaczając z kursu uderzyła w lecącą obok. Dwa niemieckie Dorniery runęły na ziemię. Dwa pierwsze nazistowskie samoloty zostały zaliczone polskiemu pilotowi. Podporucznik Władysław Gnyś jest pierwszym alianckim pilotem, który zestrzelił niemiecki samolot. 
*Tekst na podstawie meldunków i przekazu świadków.

PZL P.11c ze 112 eskadry myśliwskiej III Dywizjonu 1 pułku lotniczego na manewrach latem 1939 roku. 

Powiedzenie - "Polski lotnik jak trzeba będzie to i na drzwiach od stodoły poleci" - było przez lata nadużywane, a wręcz straciło swoje prawdziwe znaczenie. Często interpretuje się je jako prześmiewcze i poniżające, zapominając o jego etymologii. Zwrot ten był powtarzany przez polskie asy lotnictwa, takie jak Stanisław Skalski, czy Witold Urbanowicz. Nie wynikało to jednak z pychy polskich lotników, bo nie oni go wykuli. Kiedy Anglicy w obliczu braku pilotów, byli zmuszeni sięgnąć po obcokrajowców. Okazało się, że Polacy, którzy do tej pory byli traktowani przez nich jako dwukrotni przegrani. Raz w walkach wrześniowych i drugi raz w walce o francuskie niebo, zawstydzili ich swoim kunsztem, determinacją i skutecznością. Przypominając sobie na jakim sprzęcie latali w 1939, Brytyjczycy wyrażali tym zdaniem swoje uznanie.

niedziela, 31 stycznia 2016

Katiusza - "Organy Stalina"

Kilku żołnierzy Wehrmachtu kuliło się w wykopanej przez siebie, w zamarzniętej ziemi jamie. Spoglądali nerwowo w niebo zaciskając kurczowo palce na kolbach karabinów. Jeden z nich spoglądał przez lornetkę w stronę ruin kamienic Stalingradu, powalonych wybuchami. Dziwiło go, że od kilkudziesięciu minut nie zauważył żadnego ruchu. Jeszcze przed kilkoma chwilami, czerwonoarmiści strzelali w ich kierunku. Jednak stanowisko MG34, które znajdowało się kilka metrów na prawo, skutecznie odstraszało wroga. 
W pewnym momencie od wschodu rozległ się nieopisany jazgot i w ułamku sekundy ziemią wstrząsnęły kolejne wybuchy. Gniazdo karabinu maszynowego zniknęło w kuli ognia i nie pozostało po nim nic, poza dymiącą, czarną dziurą. Ostrzał katiusz nie ustawał. Stacjonujące po drugiej stronie Wołgi "Organy Stalina" bezkarnie siały spustoszenie, na niemieckich pozycjach. Młody oficer zrozumiał, dlaczego sowieci cofnęli się w głąb swoich pozycji. Wyrzutnie rakietowe nie były zbyt celne, za to śmiertelnie groźne. Żołnierze nie wytrzymywali wycia, podobnego do jęków jakie wydawały nadlatujące pociski. Wielu z nich wyskakiwało z kryjówek i biegło bez celu w objęcia śmierci. Nikogo nie dziwił fakt, iż jego towarzysze odchodzą od zmysłów w strachu przed kolejnym atakiem rakietowym. Zdarzało się, że w przeciągu tych kliku, kilkunastu sekund, kiedy spadały setki radzieckich pocisków, ludzie kompletnie siwieli. 

Katiusze BM-13 i BM-8 ostrzeliwują niemieckie pozycje pod Stalingradem. Październik 1942 rok.

"Katiusza" to popularna nazwa rosyjskich wyrzutni rakietowych BM-8, BM-13 i BM-31. Katiusza to zdrobnienie rosyjskiego imienia Jekatierina, które to też nosiła popularna piosenka, mówiąca o tęsknocie dziewczyny do ukochanego na froncie. Pieśnią tą dodawali sobie otuchy wszyscy czerwonoarmiści. Niemcy jednak mieli nieco inną nazwę dla tej broni, nazywali ją "Stalinorgel", czyli "Organy Stalina". To z powodu przerażającego dźwięku jakie wydawały wystrzeliwane pociski, przypominającego Jazgot lub jęk.

piątek, 8 stycznia 2016

Helikopter - Narodziny śmigłowca

Pierwsze plany wirnikowej maszyny latającej pojawiły się w 1475 roku w notatkach Leonarda da Vinci. Helikopter lub śmigłowiec jest zaś najczęściej kojarzony z Igorem Sikorskim. Jest on uważany za ojca i projektanta pierwszych seryjnie produkowanych i użytych bojowo maszyn. Jednak nie jest to do końca prawdą. Nie ulega wątpliwości, iż jego wkład w początkowych fazach rozwoju tego typu maszyn jest znaczny. Jednak nie powinno się pomijać tego co było między Leonardem, a Sikorskim.

Szkic helikoptera według Leonarda da Vinci.


Leonardo da Vinci naszkicował maszynę niezbyt bardzo przypominającą dzisiejsze śmigłowce. Były to jednak tylko plany znacznie wyprzedzające swoją epokę.