sobota, 29 października 2016

Cromwell - Niedoceniona legenda

13 czerwca 1944 roku, około godziny 4:30. Północna Francja, droga do Villers-Bocage.
Bezkresna kolumna czołgów, wozów pancernych, ciężarówek i ciągników artyleryjskich wraz z uczepionymi za nimi armatami, stała w bezruchu wzdłuż drogi. Nagle z pomiędzy pojazdów z prowizorycznego obozowiska zaczęły wyłaniać się postacie brytyjskich żołnierzy. Pakowali sprzęt, zapalali silniki swoich maszyn, było widać iż trwają przygotowania do wymarszu. Jednak wojsko to wyglądało dosyć dziwacznie. Obok młodych sprężyście i szybko uwijających się żołnierzy w zapiętych pod szyję battle-dressach, dużą część stanowili osobliwie poubierani ludzie, nonszalancko wspinający się na czołgi i opierający o ich pancerze z papierosem w zębach. Ich strój mógł jedynie przy dobrej woli przypominać mundur Royal Army. Kolorowe apaszki, skórzane kurtki, swetry oraz sztruksowe spodnie i zamszowe buty, wybijały się na tle mundurów ich kolegów z uzupełnień. Jedynie baretki "Africa Star" świadczyły o tym, że ma się do czynienia z regularną armią. Ludzie wskakiwali na nowe czołgi "Cromwell" i Shermany V "Firefly". Tak wyglądała kolumna 22 Brygady Pancernej, oraz jednostek dywizyjnych 7 Dywizji Pancernej "Desert Rats". Była to najsławniejsza brytyjska dywizja pancerna, która "zdobyła Afrykę Północną". 
Czołgi ruszyły w stronę Villers-Bocage około godziny 4:30, zgodnie z rozkazem generała Erskine. Celem było wzgórze 213, klucz do zdobycia Caen. Rozciągnięta kolumna żwawo ruszyła do przodu, nie napotykając większego oporu ze strony Niemców. Nie zawracano sobie więc głowy rozpoznaniem terenu. Około godziny 7:00 pierwsze czołgi Szwadronu "A", 4 Batalionu County of London Yeomanry, dotarły na obrzeża miasteczka. Jeden z czołgistów przyglądał się beznamiętnie jak jakiś oficer wypytuje napotkanych miejscowych. Stojący na przodzie człowiek po chwili energicznie pokręcił głową i zaczął coś pokazywać rękoma. Chłopi Twierdzili, iż w miasteczku nie ma Niemców, jedynie w zamku znajduje się kompania piechoty. Cała kolumna ruszyła a kiedy jej pierwsze pojazdy dotarły do wzgórza 213, na rozkaz Brygadiera Hinde´a zaczęły zajmować pozycje. Czołgi i wozy pancerne zjechały z drogi, a część pojazdów szwadronu "A" rozjechała się na północ i południe by prowizorycznie ubezpieczyć pododdział. Był ciepły przyjemny poranek, żołnierze zaczęli wysiadać z czołgów i rozkładać się w okolicy. Gdzieniegdzie słychać było parujące prymusy, na których parzyła się herbata. Wszyscy oficerowie mieli wziąć udział w odprawie u pułkownika Cranley´a, w centrum miasteczka Villers-Bocage, więc ruszyli w drogę, w swoich scout carach, pozostawiając żołnierzy w rękach podoficerów.   
Nikt ze "Szczurów Pustyni" nie zdawał sobie sprawy, że zaledwie 200 metrów od ich pozycji znajduje się 5 zamaskowanych Tygrysów, 2 Kompanii 101 Ciężkiego Batalionu Pancernego SS. Ich dowódca aż się do siebie uśmiechnął widząc jeden za drugim, gęsiego na poboczu ustawione brytyjskie czołgi. Michael Wittmann postanowił skorzystać z nadarzającej się okazji. Niemieckie czołgi zaczęły posuwać się wzdłuż jaru przy drodze, za wysokim wałem ziemi. Odgłos ich silników zagłuszał gwar i ruch na szosie. Niemcy podjechali na 50 metrów do angielskich pozycji i dopiero gdy Cromwell stojący na końcu kolumny Szwadronu "A" stanął w płomieniach, ci zorientowali się iż są atakowani. Jeden z Shermanów oddał niecelny strzał w stronę Tigerów, ale po chwili sam zamienił się w kupę dymiącego złomu, tarasując całą szerokość szosy. Kolumna była ostrzeliwana przez trzy Tygrysy od południa i jednego z północy. Wittmann zdecydował się na samotny atak, ruszył swoją maszyną w kierunku drogi. Dotarł do niej na tyłach pododdziału "A" 4Th Count of London Yeomanry i skręcił w kierunku miasteczka. Przy pełnej prędkości, poruszając się szosą, strzelał do pojazdów stojących na poboczu. Kiedy dotarł do Villers-Bocage, Szwadron "A" 4th CLY praktycznie przestał istnieć. 5 tygrysów zniszczyło 11 Cromwelli i 4 Shermany. Teraz do walki włączyły się operujące nieopodal, czołgi Dywizji Panzer Lechr. i jej grenadierzy ukryci w budynkach, a w mieście czekały na Niemców kolejne "ofiary". 
13 czerwca 1944 roku był czarna kartą w historii dywizji "Szczurów Pustyni" i w historii Cromwelli.

Czołg Cromwell MK VI z 4 Batalionu County of London Yeomanry i jego załoga. Normandia czerwiec 1944

Na historię Cromwella, składa się szereg prototypów, prób, przeróbek i tymczasowych rozwiązań. Czołg ten jest tym ciekawszy, iż na jego podstawie powstał czołg Comet, który  jest uważany za prekursora nowoczesnych czołgów podstawowych.

wtorek, 11 października 2016

Häyhä Simo - Śmierć nosi biel

Karelska zima na początku 1940 roku była surowa i okrutna. Nie tylko dlatego, że mrozy sięgały do -40 stopni Celsjusza. Znacznie większym problemem dla Finów byli sowieci depczący ich śnieg. Simo Häyhä postanowił, że wyrzuci nieproszonych gości ze swojej ojczyzny. 
O świcie, kiedy słońce dopiero kładło długie szare cienie na puszystym śniegu, drobna postać ubrana cała na biało przedzierała się przez leśną gęstwinę. Ostrożnie, starając się nie robić niepotrzebnego hałasu, mały Fin podchodził coraz bardziej linii nieprzyjaciela. W pewnej chwili zamarł w bezruchu i powoli obserwował otoczenie. Powoli podczołgał się pod rozłożystą sosnę i prawie całkowicie zasypał w kopnym śniegu. teraz Simo stał się zaspą, a może zaspa była Simo? W każdym razie nie sposób było cokolwiek zauważyć. Nawet twarz zniknęła za białym kawałkiem materiału. Kiedy lufa Mosina ukryła się za małym wałem usypanym ze śniegu i polanym wodą, postać całkowicie zastygła w bezruchu. 
"On tam gdzieś jest, postaraj się zlikwidować tego człowieka." 
Rozkazał Simo jego przełożony, porucznik Juutilainen. Chodziło o sowieckiego strzelca wyborowego, który na początku wojny zabił trzech fińskich oficerów. 
"Postaram się."
Odpowiedział krótko. Jednak nie zdawał sobie sprawy, że ten specjalnie ściągnięty z Leningradu człowiek, miał polować również na niego. Minął prawie cały dzień, a Simo nadal w bezruchu leżał zagrzebany w zaspie. Zaczynał zapadać zmrok gdy w zachodzącym słońcu, w znaczniej odległości, coś odbiło jego promienie. Soczewka lunety sowieckiego strzelca. Häyhä wycelował w miejsce refleksu, oddalonego o około 450 metrów. Dokładnie zgrał muszkę i szczerbinkę na plamie odbitego słońca i pociągnął za spust. Mosin szarpnął go za ramię, a usypany przed lufą wał śniegu, doskonale zadziałał tłumiąc dogłos wystrzału i płomień wylotowy. Simo błyskawicznie przeładował karabin i czekał celując w to samo miejsce, nic... 
Sowiecki snajper niecierpliwie obserwował okolicę, klnąc siarczysty mróz, który przenikał przez jego ciało. Miał już dosyć czekania i zamierzał wrócić do bazy. Na "ziemi niczyjej" leżało kilku finów w białych płaszczach. Sowieta czekał aż zjawią się ich koledzy i jak mieli w zwyczaju będą chcieli pozbierać ciała, a może nawet ocalić jakiegoś rannego. W tedy mógłby zapisać na swoja listę kolejnych kilka dusz. Jeszcze tylko ostatni raz chciał spojrzeć przez lunetę swojego karabinu. Cały teren pokrywał świeży śnieg, żadnych oznak obecności wroga. Obserwował własnie rozłożystą sosnę, kiedy nagle pocisk trafił go w twarz i rozerwał tył głowy. Rosjanin nawet nie usłyszał wystrzału.        

Simo Häyhä w kombinezonie maskującym, z białym filcem skrywającym twarz. 

Dziś chciałbym wam zaprezentować postać najskuteczniejszego snajpera w historii. Jego rekordy w eksterminowaniu żołnierzy wroga pozostają niepobite do dnia dzisiejszego. Mimo wszystko jest to postać niezbyt znana, choć w swojej ojczyźnie jest bohaterem narodowym.