piątek, 11 listopada 2016

Lwów 1918 - Cena niepodległości

- Kiedy Polska odzyskała niepodległość?
- 11 Listopada 1918 roku.
- Nic bardziej mylnego...
Proces odzyskiwania nieodległości był stopniowy, a państwo polskie po 123 latach niebytu, nie pojawiło się nagle jednego dnia na mapach świata. Starania narodu ku odzyskaniu wolności rozpoczęły się już w momencie jej utraty. Jednak narastanie nadziei niepodległościowych jak i sama droga do jej odzyskania, miały początek już w 1916 roku. W tedy to 5 Listopada władze niemieckie i austro-węgierskie, w wydanym przez siebie akcie proklamowały powstanie Królestwa Polskiego. Co prawda był to twór marionetkowy i w pierwszej fazie swego istnienia bez-terytorialny, jednak stał się podwaliną suwerenności dla wszystkich Polaków.
Co więc stało się 11 listopada 1918 roku? Tego dnia przekazano władzę nad całym tworzącym się Wojskiem Polskim, dzień wcześniej przybyłemu do Warszawy z niemieckiego więzienia w Magdeburgu, Józefowi Piłusudzkiemu. Wojska niemieckie rozpoczęły opuszczanie terytorium Królestwa Polskiego, a niemiecki garnizon w Warszawie został rozbrojony. No i oczywiście, w wagonie kolejowym w lasku Campiegne podpisano rozejm między Państwami Centralnymi a Ententą, kończący de facto I Wojnę Światową. Nic więc szczególnego jeśli chodzi o Polskę, bo na przykład depeszę notyfikującą powstanie niepodległego Państwa Polskiego, podpisano dopiero 16 listopada. Natomiast pierwsze państwo które uznało polską suwerenność, nawiasem mówiąc była to Republika Niemiecka, uczyniło to 21 tego miesiąca. Dlaczego więc 11 listopad? Tego dnia zapanowała ogólna euforia narodowa. Do polaków dotarł fakt, że teraz będą mogli rządzić się sami, iż są wolni w swej mowie, myśleniu i wyborze rozwoju. Tego dnia ludzie poczuli to na co czekały 4 pokolenia. Jeden z działaczy niepodległościowych Jędrzej Moraczewski,  napisał 11 listopada 1918 roku takie słowa:
"Niepodobna oddać tego upojenia, tego szału radości, jaki ludność polską w tym momencie ogarnął. Po 120 latach prysły kordony. Nie ma „ich”. Wolność! Niepodległość! Zjednoczenie! Własne państwo! Na zawsze! Chaos? To nic. Będzie dobrze. Wszystko będzie, bo jesteśmy wolni od pijawek, złodziei, rabusiów, od czapki z bączkiem, będziemy sami sobą rządzili."
Jednak droga po tak upragnioną niezależność i wolność jeszcze się nie skończyła. Można wręcz rzec, iż dopiero się zaczynała...

Józef Piłsudski na dworcu kolejowym w Warszawie. 11 listopada 1918 roku. 

11 Listopada 1918 roku nie wszyscy Polacy upajali się euforią, a łzy w ich oczach nie wszędzie były łzami radości. Lwów tego dnia "krwawił" płacąc cenę za bycie polskim...

Lwów, perła w koronie Rzeczypospolitej przez blisko osiem stuleci. Już od czasów króla Jana Kazimierza, miasto stawało się jednym z centrów polskiej kultury i nauki, wychowując wielu zacnych synów narodu. W okresie zaborów również podtrzymywało swój wyjątkowy status. W trakcie Wiosny ludów w 1848 roku stało się centrum wzmożonych działalności politycznych, w owym czasie powstało tam wiele polskich organizacji narodowych. W 1867 roku Lwów wraz z Galicją zyskał pewną autonomię i stał się kolebką polskości. Doprowadziło to do przejęcia stanowisk administracyjnych i rządowych przez Polaków. W tamtym okresie pod wpływem przemian i przejawów polskiego patriotyzmu, zaczęła się budzić również w Ukraińcach świadomość narodowa. Rozwinął się ukraiński ruch narodowy, dążący do równouprawnienia społeczności ukraińskiej, a nawet do wyodrębnienia Galicji jako części autonomicznego państwa ukraińskiego. Oczywiście doprowadzało to do licznych konfliktów i napięć między obydwoma narodami.
Gdy Państwa Centralne zajęły teren Królestwa Kongresowego i w listopadzie 1916 roku proklamowały utworzenie Królestwa Polskiego, Karol I Habsburg wydał orędzie wyodrębniające Galicję Wschodnią jako niezależną część Austro-Węgier. W tym czasie we Wiedniu przebywała ukraińska reprezentacja parlamentarna zabiegająca o utworzenie ukraińskiego kraju koronnego, między innymi z terytorium Galicji. Jednak po wydarzeniach listopadowych zarzucono ten projekt, teraz Ukraińcy skoncentrowali siły na utworzeniu niepodległego państwa.
Kiedy Wielka Wojna dobiegała końcowi a Niemcy i Austro-Węgry zaczynały powoli upadać, podpisano między nimi a Ukraińską Republika Ludową separatystyczny traktat pokojowy. Jego zawartość głęboko zaniepokoiła ludność polską, odstępował on Ukrainie tereny do których prawa zgłaszali Polacy. W wyniku tego doszło do licznych manifestacji i protestów. Część żołnierzy Polskiego Korpusu Posiłkowego, pod dowództwem Józefa Hallera przeszło na stronę rosyjską. Cała ta sytuacja doprowadziła do tego, iż Astro-Węgry w przededniu swego rozpadu, zaczęły faworyzować stronę ukraińską. Objawiało się to między innymi tym, że do Lwowa zaczęto ściągać pułki wojska, w skład którego głównie wchodzili ludzie pochodzenia ukraińskiego, oddawano im również składy broni i amunicji. Polskich żołnierzy natomiast albo internowano, albo przerzucono na front włoski.
W mieście znajdowały się jedynie nieliczne grupy organizacji wojskowych. 200 osób Polskiego Korpusu Posiłkowego pod dowództwem pułkownika Władysława Sikorskiego. Polskie Kadry Wojskowe, którymi zarządzał kapitan Czesław Mączyński również liczyły około 200 żołnierzy. Ponadto była jeszcze Polska Organizacja Wojskowa, ta nieco liczniejsza bo zrzeszała 300 osób, w tym 40 osobowy oddział kobiecy. Tą ostatnią dowodził 27 letni porucznik Ludwig de Laveaux. W sumie 700 źle uzbrojonych i niejednokrotnie nieprzeszkolonych ludzi, zrzeszonych w organizacjach o różnych orientacjach politycznych. Każda z tych grup miała swój plan na opanowanie Lwowa i każda z nich nie była w pełni świadoma powagi sytuacji.

Ochotnicza Legia Kobiet. Lwów 1918 rok. 

Pod wpływem dochodzących sygnałów z polskich kręgów w wywiadzie austriackim, 30 października na odprawie komendantów grup i oddziałów POW porucznik de Laveaux ogłosił ujawnienie i mobilizację sił organizacji. Oznajmił iż następnego dnia odbędzie się akcja "objęcia Lwowa w posiadanie Państwa Polskiego." Planował połączenie sił pozostałych polskich ugrupowań, a w razie nieosiągnięcia porozumienia, samodzielne wystąpienie uprzedzające ewentualny ukraiński przewrót. Plan przewidywał zajęcie dworca kolejowego wraz z magazynami broni i żywności, ratusza oraz rogatki Łyczakowskiej, co miałoby ewentualnie utrudnić wkroczenie sił ukraińskich do miasta od wschodu. Planowano opanować również pocztę i komendę wojsk austriackich.
Mobilizacja rozpoczęła się 31 października, w Domu Akademickim przy ulicy Łoźnikowego 7. Na miejsce stawili się POWcy, oraz liczna młodzież akademicka, niezrzeszona w innych organizacjach. Tego samego dnia odbyło się również spotkanie z przedstawicielami pozostałych związków wojskowych. Ci protestowali burzliwie, twierdząc, że jeszcze za wcześnie na zbrojne wystąpienie. Rozmowy utknęły również na wyborze głównego komendanta. Zaproponowano, iż w przypadku wystąpienia ukraińskiego, powołane zostanie "trój osobowe dowództwo" : kapitan Antoni Kamiński z PKP, kapitan. Czesław Mączyński z PKW i porucznik Ludwik de Laveaux. Ten ostatni miał kategorycznie zaprotestować słowami:
"Prędzej podporządkuję się każdmu, choćby miał to być kapral, ale do kilkuosobowego dowództwa nie dopuszczę."  
Przez cały dzień toczyły się dyskusje i obrady, aż koło północy przerwano posiedzenie i zaplanowano dalsze rozmowy na dzień następny. Ludzi zebranych pod Domem Akademickim rozpuszczono do domów. Polacy zmarnowali soją szansę na rozmowach...

W nocy z 31 października na 1 listopada, kiedy z Krakowa wyruszyli polscy przedstawiciele Komisji Likwidacyjnej, by przejąć władzę we Lwowie, ukraińscy żołnierze Austriackich pułków stacjonujących w mieście, dokonali akcji uprzedzającej. Około 1.500 dobrze wyekwipowanych i wyszkolonych ludzi, opanowało główne budynki miejskie tym samym przejmując władzę nad miastem. Kiedy mieszkańcy się obudzili, na ratuszu powiewała niebiesko żółta flaga, a na murach porozlepiane były manifesty ogłaszające powstanie Zachodnio Ukraińskiej Republiki Ludowej, ze stolicą we Lwowie. Szok był wielki, gdyż ludność nie liczyła się z taką ewentualnością, tym bardziej iż namiestnik Austriacki zapewniał, że nie ma obaw by władzę przejęli Ukraińcy. Z tym przeświadczeniem 30 Października, miasto opuścił pułkownik Sikorski przekazując obowiązki i dyspozycje Polskiego Korpusu Posiłkowego kapitanowi Antoniemu Kamińskiemu.
Należy sobie uświadomić sytuację w jakiej znaleźli się Polacy we Lwowie. Władzę nad ich ukochanym miastem przejmowała ukraińska mniejszość narodowa, licząca około 19% populacji lwowskiej. Stare mocarstwa właśnie się rozpadły i dawny porządek odszedł wraz z nimi. Polska jako państwo, formalnie jeszcze nie istniała, były jedynie różnorakie organizacje polityczne o odmiennych poglądach.
Pomimo tego ludzie, a w szczególności młodzież spontanicznie i z początku chaotycznie, stawili opór niemalże od pierwszych chwil. Zalążkiem obrony miasta było 80 byłych legionistów pod dowództwem kapitana Zdzisława Tatar-Trześniowskiego. Żołnierze z batalionu kadrowego Wojska Polskiego znajdowali się w szkole imienia Sienkiewicza przy ulicy Polnej. Dopiero 1 listopada nad ranem zdobyli trochę broni i amunicji. Ukraińcy posuwający się według planu, zajmując po kolei ważniejsze budynki miejskie, przypuścili szturm na szkołę koło godziny 10. Atak został odparty, co według świadków było w dużej mierze zasługą dowódcy placówki.

Zbrojownia szkoły imienia Henryka Sienkiewicza listopad 1918 rok.

Drugim punktem oporu stał się Dom Technika przy ulicy Issakowicza. Rankiem na wykładach znajdowało się kilkudziesięciu słuchaczy politechniki. Przynależących do Polskiej Organizacji Wojskowej, kilku byłych legionistów, oraz polscy podoficerowie armii austriackiej. Ludzi tych zorganizował i wziął pod swoja komendę podchorąży Ludwik Wasilewski. Dom Technika znajdował się w niewielkiej odległości od szkoły Sienkiewicza, oba punkty od początki ściśle ze sobą współpracowały. Zostało przeprowadzonych nawet kilka śmiałych akcji wypadowych.
Już od pierwszego dnia, kiedy minął pierwszy szok do walczących placówek zaczęli zgłaszać się ochotnicy. Przede wszystkim młodzież akademicka i szkolna. W całej zachodniej części Lwowa, wokół oficerów zaczęły się tworzyć oddziały oporu. Zbieg okoliczności jakim był ogólnoakademicki zjazd młodzieży polskiej, który miał miejsce w ostatnim dniu października we Lwowie, znacząco wpłynął na liczbę obrońców. Ci młodzi ludzie postanowili walczyć o miasto dla odradzającej się Polski i masowo zgłaszali się do powstających oddziałów. Do walki zgłaszali się młodzi ludzie z różnorakich warstw społecznych. Była to młodzież szkolna, wiejska, rzemieślnicza i robotnicza, w tym również dziewczęta. Najmłodszy ochotnik walczący o polskość Lwowa, Stefan Ogończyk Wesołowski miał 9 lat.
O godzinie 7 rano 1 listopada, utworzył się również sztab obrony miasta. Wszystkie organizacje wojskowe połączyły się i oddały pod dowództwo kapitana Władysława Rożena. Ten zaplanował jeszcze tego samego dnia atak na dworzec główny, w celu zdobycia broni i amunicji. Miejscem zbiórki był plac Bilczewskiego, gdzie zebrał się tłum po zakończonym nabożeństwie. W tedy nadjechał ukraiński samochód pancerny i ostrzelał skupisko polaków z broni automatycznej. Ludzie rozbiegli się w popłochu i na placu pozostał Rożen i kilku oficerów, do akcji więc nie doszło. Po tym wydarzeniu kapitan Rożen zrzekł się dowodzenia. Jego następcą został Kapitan Mączyński i pozostał nim do końca walk obronnych.

Naczelna Komenda obrony Lwowa, rok 1918. Od lewej: dr Lech Gluziński, ppor. Wawrzyniec Dajczak, kpt. Stanisław Bac (referat uzbrojenia), pdch. Selzer, dr Łapiński, Kmita, komendant Czesław Mączyński – dowódca obrony Lwowa, Ajdukiewicz, por. dr Antoni Jakubski (II szef sztabu), dr Majbaum, por. Stanisław Borkowski (adiutant), dr. Browiński, por. Ludwik de Laveaux, kpt. Pieradzki (Pieracki), dr Lesław Węgrzynowski, ppor. dr Albin Garbień (adiutant komendanta Mączyńskiego). Fot. Instytut Polski im. W. Sikorskiego w Londynie

Jako że zakonspirowana Komenda Naczelna, w pierwszych dniach walk, znajdowała się w części Lwowa kontrolowanej przez Ukraińców, musiała często zmieniać swoje miejsce pobytu. Dlatego w początkowej fazie nie miała faktycznego wpływu na organizację i koordynowanie walk. Polacy sami zbierali się w grupki i prowadzili spontaniczne walki partyzanckie. Jak stwierdza współczesny pisarz ukraiński, Jurij Andruchowycz:
"W ulicznych walkach 1918 r. we Lwowie Polacy wygrali z Ukraińcami przede wszystkim dlatego, że było to ich miasto – i to nie w jakimś abstrakcyjno-historycznym wymiarze, ale właśnie wymiarze konkretnym, osobistym – to były ich bramy, podwórza, zaułki, to oni znali je na  pamięć, choćby dlatego, że właśnie tam umawiali się na randki ze swoimi pannami"
Już 2 listopada przy szkole Sienkiewicza zebrało się kilku konnych jeźdźców, których z czasem przybywało. Porucznik Tomasz Krynicki utworzył z nich oddział kawalerii. Powstał również konny oddział karabinów maszynowych pod rozkazami podporucznika Tadeusza Nittmana. Kawalerzyści lwowscy prowadzili zwiad i walki na zagrożonych odcinkach frontu, jak również wypady poza miasto. Powstała również bateria artylerii, początkowo licząca jedynie 6 zużytych armat i 2 haubice.
Polacy przejmując warsztaty i manufaktury stworzyli zaplecze dla walczących, naprawiając broń i produkując amunicję. Utworzono oddział samochodowy, a nawet skonstruowano samochód pancerny.
Ciekawostką jest również fakt, że po opanowaniu lotniska na Błoniach Jankowskich udało się uruchomić 3 stare po austriackie samoloty. 5 listopada porucznik Stefan Stec i porucznik Janusz de Beaurain, dokonali nalotu na Ukraińskie pozycje. Był to pierwszy lot bojowy w historii Rzeczpospolitej.

Stefan Stec w przejętym Fokkerze. Listopad 1918 rok.

Do 10 listopada w polskich rękach znalazła się zachodnia część Lwowa, jedna trzecia całego miasta. Ukraińcy sukcesywnie zwiększali swoje siły by 11 listopada osiągnąć 2.500 świetnie wyszkolonych i zaprawionych w bojach żołnierzy. Kiedy w dniach od 13 do 17 listopada ruszyła zmasowana ofensywa ukraińska na całej linii frontu, największe brzemię walk dźwigały dzieci i młodzież. To zarazem tak tragiczne jak i symboliczne, jednak w moich oczach nie powinno mieć miejsca. Mali ochotnicy gotowi oddać swoje zaczynające się dopiero życie za wolną Polskę. Polskę, której nigdy nie znali, bo urodzili się pod zaborami. Mimo wszystko z patriotyzmem we krwi, wychowani w jego duchu. Najmłodszy już wspomniany, 9 letni Stefan Wesołowski. 7 dziesięciolatków, 33 dwunastolatków, 74 trzynastolatków, 27 czternastolatków, 641 piętnasto - szesnastolatków i 536 siedemnastolatków. Lwowskie Orlęta, to oni rzucili jako pierwsi hasło: "Nie damy Lwowa!"
Tadzik Jabłoński. 14 letni uczeń 2 klasy gimnazjum. Uciekł z domu by dołączyć do polskich szeregów. Musiał przedrzeć się przez linię walk ponieważ mieszkał w części Lwowa zajętej przez Ukraińców. Zawsze szedł do boju w pierwszym szeregu, nawet bez rozkazu. Mówił swoim kolegom, że w tedy czuje się bliżej mamy, która została po ukraińskiej stronie. Już nigdy jej nie zobaczył, zginął 18 listopada 1918 roku w trakcie obrony Szkoły Kadeckiej.
Porucznik Roman Abraham, lwowianin, w momencie ukraińskiego przewrotu utworzył własny oddział. Przeważnie złożony z dzieci i młodzieży akademickiej. Jego ludzie nazywali siebie straceńcami, jednym z powodów było to, że walczyli na odcinku "Góry Stracenia". Jest to strategicznie położone wzgórze górujące nad miastem. W listopadzie 1918 roku było miejscem zażartych walk i kilkakrotnie przechodziło z rąk do rąk. Drugim powodem był fakt, iż oddział Abrahama słynął z wyjątkowej odwagi i zaciętości. Walczyli w wielu częściach miasta, raczej atakując niż się broniąc. Zdobywali dworzec kolejowy i śródmieście, bronili z powodzeniem Persenkówkę. To oni jako pierwsi wdarli się 22 listopada do ratusza i zerwali flagę puczystów, zawieszając polski sztandar. Jak potem podkreślał Abraham:
"Zawiesiłem jedynie przynależną, tak krajowi, jak i miastu, polską flagę państwową"

Roman Abraham (w centrum) i jego "oddział straceńców" przed lwowskim ratuszem 22 listopada 1918 roku.

W oddziale "Straceńców" walczył Antoś Petrykiewicz. 13 letni uczeń 2 klasy V Gimnazjum Państwowego we Lwowie. Od pierwszych dni razem z innymi bił się niczym dorosły, biorąc udział w najcięższych walkach. Po oswobodzeniu miasta 22 Listopada przez oddziały Armii Wschód generała Tadeusza Rozwadowskiego, poszedł za swym dowódcą dalej. W nocy z 28 na 29 grudnia 1918 roku, na przedmieściach lwowskich rozegrała się krwawa bitwa. Ukraińskie elitarne oddziały "Strzelców Siczowych" próbowały wedrzeć się do miasta, przez Persenówkę. Główną polską redutą był dworek, nazwany później "redutą śmierci". Chłopcy porucznika Abrahama zdołali utrzymać pozycję za cenę wysokich strat. Ze 100 - 150 Polaków po bitwie pozostało 3 oficerów i 25 szeregowych. Antoś został ciężko ranny. Chłopiec umierał trzy tygodnie w szpitalu, zmarł 16 stycznia 1919 roku.
Roman Abraham pisał o nim:
"Najmłodszym żołnierzem ochotniczym w moim oddziale Góry Stracenia w listopadzie 1918 r. był uczeń II klasy gimnazjalnej Antoni Petrykiewicz, lat 13. W walce był nieustępliwy. [...]  Podałem go wraz z innymi obrońcami do najwyższego odznaczenia Krzyżem Virtuti Militari. Podczas raportu składanego Naczelnikowi Państwa w Belwederze prosiłem o zatwierdzenie listy żołnierzy przedstawionych do tego odznaczenia. Marszałek Józef Piłsudski zaakceptował ten wniosek."
Antoni Petrykiewicz jest najmłodszym kawalerem orderu Virtuti Militari.

Antoś Petrykiewicz. Najmłodszy kawaler orderu Virtuti Militari 

Jedną z najtragiczniejszych postaci jest 14 letni Jurek Bitschan. Chłopak chciał od pierwszych godzin oporu iść i walczyć o miasto. Jego ojczym, lekarz na lwowskim Kulparkowie, perswadował mu by nie wychodził z domu, że jest jeszcze za młody. Ojczym prosił swojego syna by ten został do powrotu matki, która walczyła w innej części miasta w Ochotniczej Legii Kobiet. Chłopak jednak zdecydował się stanąć w szeregach obrońców. Zrobił to 20 listopada, kiedy ojczym wrócił do domu znalazł list:
"Kochany Tatusiu, idę dzisiaj zameldować się do wojska. Chcę okazać, że znajdę na tyle siły, by móc służyć i wytrzymać. Obowiązkiem moim jest iść, gdy mam dość sił, a wojska brakuje ciągle do oswobodzenia Lwowa. Z nauk zrobiłem już tyle, ile trzeba było. 
- Jerzy"
Chłopiec dotarł do oddziału porucznika Jana Petriego na Kulparkowie. Nie chciano go tam przygarnąć, ponieważ wyglądał na o wiele młodszego niż był. Jednak prosił tak długo i nieustępliwie, aż pozwolono mu zostać. Natychmiast ruszyli do ataku, a Jurek szedł w pierwszym szeregu. Rano 21 listopada oddział atakował koszary austriackie od strony Cmentarza Łyczakowskiego. Chłopiec z karabinem schronił się za jednym z pomników, tam dosięgły go ukraińskie kule raniąc w nogi. Sanitariusz chcący pomóc dziecku sam został ranny w obojczyk. Nie możliwym było wyciągnięcie chłopca, nakryto go więc płaszczem i wycofano się. Jerzy bronił się samotnie, odpierając kolejne ataki żołnierzy, przez 24 godziny. Zginął od pocisku artyleryjskiego. Tym tragiczniej, że 22 nadeszła odsiecz dla miasta i siły ukraińskie zostały wyparte ze Lwowa. Nazajutrz martwego chłopca znalazł jego ojciec.

Jurek Bitschan. "Orlątko Lwowskie" mały bohater.

Nie tylko chłopcy, ale również i dziewczęta zapłaciły najwyższą cenę, walcząc za niepodległość. Janeczka Prus-Niewiadomska. Była sanitariuszką, oddała swoje życie ratując rannego żołnierza, miała 24 lata. Kozłowska Stefania, również sanitariusza, zginęła w wieku 17 lat.
To była cena jaką zapłacił Lwów za niepodległość. Cena najwyższa, ofiara życia tych, którzy mieli dopiero je rozpocząć. Odradzający się naród polski, za wolność i niepodległość Lwowa, musiał ofiarować część swojej przyszłości.
Smutne i zastanawiające jest, że w owym czasie wielu ludzi w wieku poborowym i wojskowym, biernie przyglądało się walkom. Antoni Jakubski, wtedy 2 szef sztabu opisywał, iż po lwowskim "korso" na ulicy Akademickiej spokojnie spacerowali polscy oficerowie w mundurach austriackich. W mieście miał przebywać pułkownik Tuliusz Malczewski, który po wybuchy walk pospiesznie opuścił Lwów. Jakubski w swoich relacjach pisze:
"Podkreślić muszę że we Lwowie przebywali wówczas i generałowie, oficerowie sztabu generalnego i szereg oficerów sztabowych, których pomoc fachowa byłaby niezmiernie się przydała. [...] Otóż wszyscy ci wysocy sztabowcy, mam wrażenie, wobec dylematu, co robić: oczekiwać biernie - czy też przyłączyć się do "bandy", która mobilizowała "motłoch polski", zdecydowali się raczej czynnego udziału nie brać, lecz wyczekiwać dalszych wypadków. Przypominam sobie między innymi, że we Lwowie byli w tym czasie gen. Lamezan-Salins i płk szt. gen. Thulie, podobno obłożnie chory. Grupa ta najwybitniejszych fachowców w niczym, ale to literalnie w niczym ręki do spraw nie przyłożyła"  
Więc kiedy zabrakło dorosłych, lub tracili czas zastanawiając się i dyskutując nad sensem i sposobem oporu, w ich imieniu i obronie honoru wystąpiły dzieci i młodzież.

Lwowska ulica w listopadzie 1918 roku.

Dziś 11 listopada. Święto niepodległości Polski. Znów będą marsze, wiece, przemówienia, śpiewy i krzyki. Będziemy się czuli Polakami, potomkami wielkiego narodu. Nie zapomnijmy tylko jaką cenę musieli zapłacić nasi przodkowie. Przystańmy na chwilę w zgiełku tłumów oraz łopocie flag i zmówmy krótką modlitwę za tych, którzy jeszcze nie byli wolni, którzy w ten dzień umierali. Pamiętajmy o "lwowskich dzieciach."
Na koniec chciałem przytoczyć słowa wiersza "Orlątko" Artura Oppmana, napisanego w dniach kiedy toczyły się walki we Lwowie. Jednak dzięki uprzejmości zespołu FORTECA i jego menadżerki pani Magdaleny Janeczek, których serdecznie pozdrawiam, mogę zaprezentować ten wiersz w znacznie bardziej przejmującej formie.









"Jeśli zapomnę o nich ty boże na niebie zapomnij o mnie"
- Adam Mickiewicz - "Dziady"




Materiały źródłowe:
Jan Gella - "Ruski miesiąc 1.XI-22.Xl 1918"
Czesław Mączyński - "Boje lwowskie"
Roman Abraham - "Obrona Lwowa -  Pododcinek Góra Stracenia"
Antoni Jakubski - "Obrona Lwowa - Walki listopadowe we Lwowie w świetle krytyk"
"Nasz Dziennik" wydanie z 2 listopada 2005


4 komentarze:

  1. Piękne!
    Dziękuję...

    OdpowiedzUsuń
  2. Koszmar. Po raz kolejny w naszej historii w bój poszły dzieci, które tak jak napisał autor dopiero zaczynały życie. Znów ludzie odpowiedzialni za los najmłodszych pozwolili im ginąć. To nie jest wyraz bohaterstwa , a raczej tego iż w czasie wojny nikt nie liczy się z losem najmłodszych... Przykre, że my Polacy potrafimy się tym szczycić.

    Dziękuję za ten artykuł, bo może wstyd się przyznać, ale o tym nie wiedziałem.

    Powodem polskich łez znów byli Ukraińcy... :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiedzieć czegoś to żaden wstyd. Wstydem było by nie chcieć poznać. Ja sam często uczę się i poznaję dopiero kiedy pisze tu teksty.

      Usuń

Komentuj - to dla mnie najlepsza motywacja.