poniedziałek, 17 lipca 2017

10TP - "Amerykanin po polsku"

W czwartkowy poranek 25 kwietnia 1939 roku, na bruk drogi Radzymińskiej, z chrzęstem gąsienic, w asyście innych pojazdów wjechał dosyć osobliwy czołg. Kolumna składała się z kilku pojazdów wojskowych, które całe zakurzone i obłocone rwały do przodu. Dzieci i dorośli przystawali by obejrzeć się na to niecodzienne zjawisko, pojazd pędzący na czele wydawał się być czołgiem jednak brak mu było lufy czy nawet jakiegokolwiek KMu. Z luków pojazdów konwoju, wystawały jedynie głowy opatrzone w charakterystyczne  hełmy khaki bez daszka i czarne berety. Wozy pojawiły się nagle i jakby znikąd, nikt nic nie wiedział o defiladzie, przemarszu czy manewrach. 
Kierowca - mechanik prowadzący pierwszą maszynę, przetarł znużone oczy myśląc: 
"Taka trasa... Dzięki Bogu już Warszawa."
Zmęczony ale dumny ze swojego nowego pojazdu, ze swojego kraju, czuł podekscytowanie możliwością wzięcia udziału w testach prototypu polskiego czołgu.
Kiedy nagle na skraju pola widzenia kierowcy, gwałtownie pojawił się jakiś obiekt. Czołgista automatycznie szarpnął za drążki, cedząc przez zaciśnięte zęby:
-"Skurrrww!"
Maszyna twardo szarpnęła się na prawo i w huku spadających gąsienic wyrwała granitowy krawężnik osuwając się do rowu. Przestraszony motocyklista, który nie zauważył wojskowego taboru, zachwiał się na swojej maszynie mało co nie upadając na szosę. Pozostałe pojazdy stanęły natychmiast, z ich wnętrz w pośpiechu zaczęli wyskakiwać żołnierze. Oficer siedzący w wieży "dziwnego" czołgu, zeskoczył na zrytą ziemię obok maszyny. Widząc zerwane gąsienice i pusto obracające się koła krzyknął do pozostałych:
-"Trzeba odrzucić grunt i spróbować naciągnąć gąsienice!" 
Przykucnął, dokonując oględzin miejsca gdzie czołg zawisł na garbie rowu. Kierowca wygramolił się z luku zwracając się do swojego dowódcy:
-"Co za gałgan jeden, ledwośmy go minęli. Zmiażdżyliby my go jak nic."
Wokół zaczęła zbierać się gawiedź, ktoś przyniósł aparat fotograficzny i zaczął robić zdjęcia. Pancerniacy próbowali go przegnać ale bezskutecznie. W końcu oficer zirytowany sytuacją rozkazał swojej załodze:
-"Przynieść mi tu płachtę i nakryć wóz! Tylko żwawo, jeszcze sobie nasz nowy czołg wróg szybciej obejrzy niż na defiladzie pojedziem."             
*Sfabularyzowany tekst na podstawie materiałów źródłowych.



Czołg 10TP na dziedzińcu Warsztatów Doświadczalnych BBT Br.Panc. w Ursusie

Siłą II PR na polu walki byli ułani, to oni ratowali ojczyznę od czerwonej powodzi nadciągającej ze wschodu. Jednak to co dobrze się sprawdzało w 1920 roku, z biegiem lat stawało się niewystarczające i Polacy zdawali sobie z tego sprawę. Młody kraj, który odbudowywał swoją egzystencję potrzebował broni pancernej. Nie było to jednak takie proste zadanie, jeśli wziąć pod uwagę sytuację ekonomiczną, oraz geopolityczną. Jednym z ambitniejszych projektów i w pełni dorównującym pod względem technicznym, konstrukcjom naszych nieprzychylnych sąsiadów, był czołg PZInż 10TP. Czołg, który miał przede wszystkim bronić wschodnich granic kraju, niestety nie wyszedł poza prototypowy egzemplarz. Oto krótka historia polskiej myśli technicznej opartej o amerykańską konstrukcję, odtworzoną z pamięci i ulotek.

poniedziałek, 3 lipca 2017

Helgoland - Malutka wysepka o wielkiej historii

Niedzielne popołudnie zapowiadało się nadzwyczaj spokojnie i pogodnie, kiedy Franz Schensky wraz ze swoim szwagrem wybrali się na wycieczkę żaglówką. Z Helgolandu w kierunku Hamburga i Bremen wypłynął własnie ostatni prom tego dnia i na małą wysepkę powróciły spokój i cisza. Kiedy słońce skłaniało się już w stronę zachodu zerwał się mocniejszy wiatr a błękit nieba przysłoniły chmury. Szwagier będący na urlopie u Schenskyego, popatrzył niespokojnie w górę. Wówczas z uśmiechem na twarzy odezwał się Jacob Hamkens, wprawiony żeglarz i właściciel stateczku, którym płynęli:
- Spokojnie, tylko straszy. Lato tego roku jest wyjątkowo łaskawe dla helgolandzkich szyprów. Już zarobiliśmy dobry grosz a to jeszcze nie koniec w tym sezonie, jeśli aura pozwoli...
I faktycznie po chwili niebo przetarło się a wiatr uspokoił i popołudniowe słońce znów zaczęło grzać. Kiedy w końcu Franz i jego szwagier dobili do portu, na nabrzeżu tłoczyli się, głośno dyskutując, urlopowicze i miejscowi. Szwagrowie wyskoczyli z żaglówki na molo i skierowali się w stronę tablicy ogłoszeniowej, przy której gromadził się tłum. Jeden ze stojących tam mężczyzn na ich widok podszedł pospiesznie i podekscytowanym głosem oświadczył:
- Austriacki następca tronu wraz ze swoją małżonką zostali zamordowani. To się nie skończy dobrze, teraz będziemy mieli wojnę.  
Schensky zmarszczył czoło i po chwili odezwał się do znajomego:
- Jacob, spokojnie. To z pewnością tragiczna i niepokojąca wiadomość, lecz czy taki incydent może wywołać międzynarodowy konflikt? Tak często w przeszłości wojna była już prawie pewna. 
Był 28 lipiec 1914 roku i tak burzliwie jak wybuchła dyskusja na temat mordu dokonanym na Franciszku Ferdynandzie i jego małżonce, tak szybko wszystko się uspokoiło. Helgoland powróciła do normalności, wyspa żyła pełnią sezonu urlopowego i cieszyła się wspaniałą pogodą. Jednak miało się to zmienić już niebawem. 
Franz Schensky przechodził 31 lipca wieczorem przez zwykle zaludniony Marcusplatz. Jednak tym razem musiał przystanąć. Był piątek i ani żywej duszy, wszystkie zwykle gwarne lokale i kawiarenki miały pospuszczane rolety a stoliki i krzesła zniknęły z tarasów. Wszyscy turyści otrzymali tego dnia polecenie opuszczenia wyspy. Cała okolica wyludniła się prawie zupełnie, jeśli nie liczyć Helgolandczyków i garnizonu... 
Wraz z odpłynięciem turystów do portu zaczęły zawijać niemieckie łodzie torpedowe i U-Boty. Garnizon w twierdzy, również wydawał się pękać w szwach. Teraz nawet Schensky był przekonany - "Wojna jest pewna." 
2 sierpnia 1914 roku stało się to czego nie spodziewał się nawet Franz Schensky. Cała Rzesza niemiecka skandowała parol "Gott strafe England" (Boże ukarz Anglię), Tylko na małej wysepce na Morzu Północnym zapanowała cisza a euforia z kontynentu nie przeniosła się w ten zakątek ziemi. Tego dnia Schensky wraz z rodziną pospiesznie pakował podręczny bagaż. Więcej nie wolno im było zabrać. Rozkazem komendanta garnizonu wszyscy mieszkańcy, a było ich 3.427, musieli w przeciągu 24 godzin opuścić wyspę. Cały teren zamienić miał się w bazę wojenną. Schensky ze łzami w oczach zamknął drzwi swojego domu, klucz pozostawił jednak w zamku nie przekręcając go - tak brzmiał rozkaz w rozporządzeniu. 
Rankiem 3 sierpnia 1914 roku około godziny 9, Franz Schensky jak również jego rodzina i sąsiedzi, patrzyli z pokładu parowca "Cobra" na znikającą za horyzontem wysepkę Helgoland. Opuszczali swój dom w imię cesarza, ojczyzny i ideałów polityków. Kurs Hamburg...    
*Sfabularyzowany tekst na podstawie wspomnień Franza Schenskyego.     


Helgoland dzisiaj. Widok od północnego-zachodu. 

Jak ważna może być malutka, bo o areale zaledwie 1 km², wysepka na Morzu Północnym? Czy taki skrawek ziemi możne mieć bogatą i tragiczną historię? Niejedno państwo na świecie nie może zapisać w swoich dziejach tyle ciekawostek, smutku i zniszczenia co wyspa Helgoland. Przechodząca z rąk do rąk, niszczona i odbudowywana, tylko po to by próbować ją później zupełnie unicestwić i zetrzeć z mapy świata. Dzieje tej ognistoczerwonej wyspy są tym dramatyczniejsze, że w samym środku burzliwych wydarzeń stali jej mieszkańcy. Niezależnie od tego kto akurat nimi rządził tak naprawdę zawsze uważali się za Helgolandzczyków, czy jak sami się nazywają "Insulan".
Oto streszczenie dziejów tego małego zakątka ziemi.

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Unrug Józef - Jak Niemiec stał się Polakiem

Niemiecki Oflag Spittal an der Donau rok 1940.
Przed budyneczek komendanta obozu jenieckiego dla oficerów zajechała limuzyna. Strażnicy wypięli swoje piersi i z wyprostowaną ręką w geście hitlerowskiego pozdrowienia, powitali wysiadające osoby. Z budynku pospiesznie wyszedł niemiecki oficer, naśladując swoich żołnierzy zawołał:
- Heil Hitler! General Major! Pański kuzyn czeka już w moim biurze. 
Pozostali dostojnicy, którzy wysiedli z samochodu wraz z przywitanym generałem, popatrzyli po sobie dziwiąc się jak jeniec trafił do biura komendanta oflagu. Cały orszak ruszył po schodkach do wnętrza gmachu. Przy biurku z założoną nogą na nogę siedział wysoki mężczyzna, w niewielkiej odległości miejsce pod oknem zajmował podoficer Wehrmachtu. Gdy weszli hitlerowscy dygnitarze poderwał się na nogi i oddał honory. Siedzący na krześle polski oficer spojrzał przelotnie na Niemców i bez emocji strzepnął niewidoczny pyłek z kolana swoich spodni. Generał Major, który tak energicznie został przywitany przez nadzorcę placówki stanął na środku pomieszczenia i rozkładając szeroko ręce, zwrócił się do siedzącego jeńca.    
- Joseph, mój kuzynie. Ile to już lat?
Joseph spojrzał bez emocji na swojego rozmówcę i wymownie uniósł brwi. Niemiec podszedł bliżej i przysuwając sobie krzesło komendanta mówił dalej.
- Doniesiono mi, że tu przebywasz, ale to musi być jakaś straszna pomyłka. Joseph, dlaczego nie powiedziałeś, że jesteś Niemcem? Ja...
Siedzący na krześle do tej pory bez słowa, uniósł dłoń przerywając swojemu kuzynowi i stanowczym ale spokojnym tonem, odezwał się po francusku:
- Jestem polskim oficerem marynarki!
Generał w osłupieniu przenosił wzrok to na swojego kuzyna to na pozostałe osoby w pomieszczeniu. W końcu znów podjął rozmowę:
- Joseph, jaki polski oficer? Co ty wygadujesz? Skończmy te farsę. Zdajesz sobie sprawę ze swojego położenia? Admiralicja Kriegsmarine zaproponowała ci miejsce w sztabie, zachowasz swój stopień admiralski... Cóż to w ogóle za teatr? I dlaczego mówisz do mnie po francusku?
Po krótkiej chwili ciszy, Joseph zacisnął szczęki a jego oczy zwęziły się. Oschłym tonem nadal po francusku cedził słowa przez zaciśnięte zęby:
- Nazywam się Józef Unrug, Jestem Polakiem i oficerem polskim a taka propozycja to dla mnie zniewaga i potwarz, nigdy jej nie przyjmę. Nie obrażaj mnie w ten sposób... kuzynie. Jeśli chodzi o niemiecki, to 1 września zapomniałem tego języka.
Generał Walther von Unruh był w ciężkim szoku, otwierał to znów zamykał usta nie wiedząc co powiedzieć. W końcu beznamiętnym tonem spytał:
- Jak mogę ci więc pomóc, czego ci potrzeba?
Jego kuzyn bez chwili zastanowienia spokojnie odrzekł:
- W moim pokoju jest nieszczelna zasłona. 
Osłupieni Niemcy w milczeniu, patrząc po sobie opuścili biuro komendanta obozu, który spiesznie odprowadzał ich do samochodu. Pozostawiony jedynie z niemieckim tłumaczem Unrug, ujął swoją nieodłączną laskę i wstał zmierzając do drzwi. Hitlerowski podoficer poderwał się i zawołał:
- Stać! Komendant nie pozwolił odejść!
Unrug obrócił się na pięcie do żołnierza i piorunując go spojrzeniem, odezwał się, tym razem po polsku jednak z wyraźnym niemieckim akcentem:
- Jak śmiesz! Wiem że jestem w obozie jenieckim, ale jestem naczelnym dowódcą floty polskiej i wymagam takowego traktowania! Szczególnie przez niższych rangą żołnierzy.
Na tę wymianę zdań wpadł komendant placówki, nim cokolwiek zdołał powiedzieć kontradmirał Unrug przeniósł na niego wzrok kończąc swoją wypowiedź:
- Zostałem odznaczony najwyższymi krzyżami Francji i Niemiec, i nie pozwolę by byle kto mówił mi co i kiedy mam robić! 
Po tych słowach wyszedł z pomieszczenia. Niemcy pozostawieni sami sobie, jeszcze przez krótką chwilę stali wyprostowani na baczność. Nadzorca obozu tłumił w sobie odruch by zasalutować za wychodzącym. Było mu wstyd, że polski jeniec potrafi wydawać mu rozkazy...      
   *Sfabularyzowany tekst na podstawie materiałów źródłowych.

Józef Unrug w 1930 roku, w tedy w stopniu Komandora.

O Józefie Unrugu, można śmiało powiedzieć, że jest wybitnym wśród nieznanych. Barwna postać historyczna, przykład patriotyzmu a jednak dzisiaj nieco zakurzona i jakby zapomniana. Chciałbym przybliżyć wam postać człowieka, który pokochał swoją ojczyznę, pomimo że jej nie znał, pomimo że nie istniała. O niewielu żołnierzach a nawet ludziach można w końcu powiedzieć, iż kupili okręt dla swojego kraju za własne pieniądze.
Pozwólcie, że przedstawię wam jedną z moich ulubionych postaci polskiej historii. Józef Unrug.

sobota, 18 lutego 2017

Lot 19 - Ostatnie zadanie

Środa 5 grudnia 1945 roku była dniem jak każdy inny w bazie lotniczej Fort Lauderdale na Florydzie. Bezchmurne niebo zapewniało doskonałą widoczność, idealny dzień by latać. Porucznik Charles Taylor, 27 letni instruktor i doskonały pilot z dużym doświadczeniem, udzielał odprawy swoim podopiecznym. 14 lotników miało odbyć swój ostatni lot szkoleniowy, nastroje były więc bardzo ożywione. W pewnej chwili z budynku za plecami zebranych wyszedł młody mężczyzna, jeden z pilotów pomachał do niego wołając:
- Hej Allan! Co z tobą?
Taylor skinął głową w stronę przechodzącego, a do pozostałych odezwał się:
- Kapral Kosnar dziś jest zwolniony. FT-81 poleci we dwójkę. 
O 14:10 pięć samolotów TBM-1 Avenger z eskadry 79M, oznaczonej jako "lot numer 19", poderwało się z płyty lotniska bazy Lauderdale.   

Radiooperator w wieży kontrolnej bazy lotniczej na Florydzie wiercił się nerwowo na krześle. Wokół niego zgromadziło się kilku oficerów. W powietrzu wisiało napięcie i zdenerwowanie, kiedy wskazówka wiszącego na ścianie zegara przeskoczyła na 19:04, w głośniku radia dał się słyszeć chaotyczny i niewyraźny z powodu zakłóceń głos porucznika Taylora:
- Trzymajmy się bardzo blisko siebie, gdy będziemy musieli wodować... Jak w którymś samolocie poziom paliwa spadnie poniżej 10 galonów, wszyscy idziemy razem w dół...
Nic więcej prócz trzasków i szumu, nie dało się zrozumieć. 
Nigdy nie odnaleziono żadnego śladu po maszynach i ludziach feralnego lotu 19.  


Samoloty TBM "Avenger" z bazy lotniczej Fort Lauderdale. Zdjęcie z muzeum fortu, nie przedstawia maszyn lotu 19.

"Lot 19" to dzisiaj synonim teorii spiskowych, opowieści fantastycznych i protoplasta wszelkiego rodzaju historii opartych na zjawiskach paranormalnych. Od tej historii powstało nieoficjalne określenie Trójkąt Bermudzki i od niej zaczął się mit tego miejsca. Cały świat zaczął każdą katastrofę i wypadek w tym rejonie przypisywać nienaturalnym zjawiskom.
Jednak nie o tym chcę napisać. Nie będzie to ani kolejna próba wyjaśnienia przyczyn zniknięcia Avengerów, ani materiał powielający niesamowite teorie. Zamierzam obiektywnie streścić mniej i bardziej znane fakty z tego dnia, mam nadzieję, że mi się to uda.

poniedziałek, 16 stycznia 2017

Fu-Go - Papierowa broń interkontynentalna

Niedziela 5 Maja 1945 roku, las Gearhart Mountain w stanie Oregon, USA. 
Podstarzała furgonetka zatrzymała się ze zgrzytem hamulców na poboczu drogi. Dalej się jechać nie dało. Droga była zamknięta, trwały na niej właśnie prace remontowe. Pastor Archie Mitchell spojrzał  z uśmiechem w bok na swoja żonę, która śpiewała do wtóru z piątką dzieci siedzących na tylnej kanapie. 
- "Wysiadka! Musimy tutaj poszukać miejsca na piknik. Rozejrzyjcie się po okolicy a ja zaparkuję wóz."
Zarządził pastor. 
Cała szkółka niedzielna zaczęła się wysypywać z samochodu. Elsie wysiadała powoli podtrzymując swój brzuch. Była w 5 miesiącu ciąży. Wesoła gromadka dzieci w wieku od 11  do 14 lat, wygłupiając się zniknęła między drzewami. Żona pastora odwróciła się i pomachała do męża, a następnie podążyła za dzieciakami. 
Archie podjechał kawałek dalej i zatrzymał się tuż przed zaporą zamykającą przejazd. Wysiadając z samochodu krzyknął do robotników:
- Nie będzie przeszkadzał?"
- Niee! Niech stoi, tak jest OK."
Robotnik serdecznie uśmiechnął się do mężczyzny. Kiedy pastor wszedł między drzewa zobaczył całą grupkę stojącą wokół czegoś co leżało na ziemi. Jeden z chłopców klęczał właśnie i majstrował coś przy dziwnej metalowej obręczy. Elsie obróciła się i widząc męża zawołała:
- "Arch, patrz co znaleźliśmy!"
Złe przeczucie ogarnęło Mitchella, spiął się by podbiec do żony, właśnie otwierał usta by krzyknąć, że mają odejść na bok, zostawić w spokoju dziwne znalezisko. Słowa utknęły mu w krtani gdy wszyscy zniknęli w ognistej kuli wybuchu. Mężczyzna z krzykiem rzucił się w stronę gdzie jeszcze przed chwilą stała jego ciężarna żona. Marynarką i rękoma zaczął gasić płomienie, jednak dopiero gdy zaalarmowani eksplozją robotnicy drogowi przybyli mu z pomocą udało się zdusić ogień. 
Pięcioro dzieci, kobieta i nienarodzone dziecko zginęło od wybuchu japońskiej bomby. "Fu-Go" - Pastor Mitchell miał do końca swoich dni zapamiętać tą nazwę.  


Balon bombowy Fu-Go w locie.

Mieszkańcy Japonii pierwszej połowy XX wieku byli dumnym narodem, czerpiącym jeszcze z korzeni i honoru samurai. Dlatego gdy w 1942 roku podpułkownik James "Jimmy" Doollitle, wraz z 15 innymi bombowcami B-25 zbombardował Tokio, Japończycy poprzysięgli zemstę na Amerykanach. Ich celem stało się terytorium Stanów Zjednoczonych. Jednak kraj miał małe możliwości, nie posiadał już większości swoich lotniskowców, a z każdym mijającym dniem sytuacja cesarstwa na froncie robiła się coraz gorsza. Nadzieja na odwet pojawiła się 3 listopada 1944 roku. W tym dniu Japończycy wypuścili swój pierwszy interkontynentalny balon Fu-Go.

czwartek, 5 stycznia 2017

Broń chemiczna II Wojny Światowej - Bałtycka "puszka pandory"

Późnym popołudniem 2 grudnia 1943 roku, Leutnant Ziegler siedział za sterami swego Junkersa Ju 88 czekając na wylot. Na płycie lotniska w pobliżu Mediolanu silniki uruchomiły pozostałe samoloty. Po kilku chwilach jeden po drugim zaczęły wznosić się w powietrze. Kiedy maszyna Zieglera znalazła się na wysokości przelotowej, do grupy bombowców dołączyły inne, wznoszące się z okolicznych lotnisk. 96 samolotów Ju 88 Skierowało się na wschód. Niemiecki pilot od dłuższego czasu czuł, że sprawy na frontach nie zmierzają w dobrym kierunku. Jednak gdy nad Adriatykiem do grupy flotylli powietrznej dotarło ostatnie 9 Junkersów, startujących z lotniska w Jugosławii, znów poczuł siłę Luftwaffe i przez moment uwierzył w zwycięstwo Rzeszy. Czteroosobowe bombowce z Kampfgeschwader 54 i 76 zmieniły kurs na południe, a następnie z powrotem na zachód. Celem był włoski port w Bari, miejsce gdzie alianci dostarczali zaopatrzenie dla 8 Armii , która niedawno wylądowała we Włoszech. 
Ziegler leciał jedną z trzech maszyn przewodniczych, miał za zadanie "oślepić" radary sprzymierzonych i zrzucić nad portem flary, by pozostałe Junkersy mogły dokonać dzieła zniszczenia. Dochodziła 19:25 i zmrok robił się coraz czarniejszy, gdy w zasięgu wzroku Niemca znalazł się zaskakujący widok. Jego oczom ukazał się jasno oświetlony port, jak na dłoni było widać 75 stojących w nim statków. Z szoku wyrwał go głos w słuchawkach
- "Düppel abwerfen!" (zrzucić dipole)
Z trzech Junkersów posypały się całe chmury aluminiowych pasków, wirujących w powietrzu i wolno opadających. Te tasiemki nazywane przez anglików Windows, skutecznie zakłóciły pracę alianckich radarów. Maszyna Zeiglera, wraz z pozostałymi dwoma "przewodnikami" zaczęła krążyć nad portem na wysokości 3.000 metrów. Niemcy nie musieli rzucać flar by oświetlić cele pozostałym bombowcom...
W basenie centralnym portu w Bari, na kotwicy stał drobnicowiec pod polską banderą. SS "Puck" regularnie pływał z zaopatrzeniem dla wojsk sprzymierzonych. Do włoskiego portu zawinął z częściami zamiennymi i silnikami dla okrętów alianckich. Gdy zaczęło robić się ciemno, polski marynarz stanął na pokładzie i przyglądał się gorączkowym pracom rozładunkowym przy molo. Port oświetlono by przyspieszyć prace rozładunkowe, Niemcy jakoś wydawali się tu odległym zagrożeniem. Wzrok Polaka padł na amerykańskie statki amunicyjne SS "John Moltey" i stojący tuż obok SS "John Harvey". Normalnie ładunek amunicji miał pierwszeństwo i przeładowywano go w pierwszej kolejności, jednak drugi transportowiec cumował już od 4 dni przy molo "Foraneo". 
"Dziwne"
Pomyślał marynarz. Nim jego myśli zdołały zmienić tor, usłyszał a raczej wyczuł pomruk silników. Kiedy spojrzał w górę dźwięk przybrał na sile i zmieszał się ze świstem spadających bomb. 
"To niemożliwe, Luftwaffe straciło przecież dominację w powietrzu... i gdzie jest obrona przeciwlotnicza"
Przebiegło marynarzowi przez głowę. W tym momencie potężna eksplozja rzuciła go na pokład. To SS "John Moltey" wyleciał w powietrze, niemiecka bomba doprowadziła do eksplozji wybuchowej zawartości ładowni statku. W przeciągu sekund doszło do reakcji łańcuchowej i pochłaniając kulą ognia kilka obok cumujących statków eksplodował SS "John Harvey." Marynarz nie zdążył stanąć na nogi, kiedy kolejna bomba trafiła jego własną jednostkę. "Puck" szedł na dno z rozerwaną burtą.
Niemieckie samoloty zniknęły tak nagle jak się pojawiły, polak siedział w szalupie ratunkowej i pomagał wyciągać rozbitków. Marszczył czoło od przykrego zapachu jaki docierał do jego nosa.
"Ciekawe, który nażarł się czosnku?" 
Spytał sam siebie...
Po bombardowaniu do jednego z okolicznych szpitali zaczęto dostarczać rannych. Lekarz w białym kitlu biegał od jednego, umazanego olejem i ropą pacjenta, do drugiego. Większość z nich miała ślady poparzeń. Panował istny chaos. Kiedy po kilku godzinach wyczerpującej pracy medyk wrócił do jednego z lżej poparzonych, któremu kazał czekać, Zaniemówił. Pacjent był prawie nieprzytomny a na jego skórze pojawiły się nowe oparzenia i patrzył na lekarza niewidzącymi oczami. Nim ten zdołał zebrać myśli  jego oczy zaczęły sprawiać problemy a na własnych dłoniach zauwarzył bąble i ten zapach...
"Mój Boże, czyżby Niemcy zrzucili na nas iperyt?"
Pomyślał panicznie nim osunął się w letargu na podłogę...


Płonące, alianckie statki transportowe we włoskim porcie Bari. 2 - 3 grudzień 1943 roku.

Co się stało w Bari? Czyżby Niemcy faktycznie użyli zakazanej broni chemicznej przeciwko transportowcom sprzymierzonych?