poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Unrug Józef - Jak Niemiec stał się Polakiem

Niemiecki Oflag Spittal an der Donau rok 1940.
Przed budyneczek komendanta obozu jenieckiego dla oficerów zajechała limuzyna. Strażnicy wypięli swoje piersi i z wyprostowaną ręką w geście hitlerowskiego pozdrowienia, powitali wysiadające osoby. Z budynku pospiesznie wyszedł niemiecki oficer, naśladując swoich żołnierzy zawołał:
- Heil Hitler! General Major! Pański kuzyn czeka już w moim biurze. 
Pozostali dostojnicy, którzy wysiedli z samochodu wraz z przywitanym generałem, popatrzyli po sobie dziwiąc się jak jeniec trafił do biura komendanta oflagu. Cały orszak ruszył po schodkach do wnętrza gmachu. Przy biurku z założoną nogą na nogę siedział wysoki mężczyzna, w niewielkiej odległości miejsce pod oknem zajmował podoficer Wehrmachtu. Gdy weszli hitlerowscy dygnitarze poderwał się na nogi i oddał honory. Siedzący na krześle polski oficer spojrzał przelotnie na Niemców i bez emocji strzepnął niewidoczny pyłek z kolana swoich spodni. Generał Major, który tak energicznie został przywitany przez nadzorcę placówki stanął na środku pomieszczenia i rozkładając szeroko ręce, zwrócił się do siedzącego jeńca.    
- Joseph, mój kuzynie. Ile to już lat?
Joseph spojrzał bez emocji na swojego rozmówcę i wymownie uniósł brwi. Niemiec podszedł bliżej i przysuwając sobie krzesło komendanta mówił dalej.
- Doniesiono mi, że tu przebywasz, ale to musi być jakaś straszna pomyłka. Joseph, dlaczego nie powiedziałeś, że jesteś Niemcem? Ja...
Siedzący na krześle do tej pory bez słowa, uniósł dłoń przerywając swojemu kuzynowi i stanowczym ale spokojnym tonem, odezwał się po francusku:
- Jestem polskim oficerem marynarki!
Generał w osłupieniu przenosił wzrok to na swojego kuzyna to na pozostałe osoby w pomieszczeniu. W końcu znów podjął rozmowę:
- Joseph, jaki polski oficer? Co ty wygadujesz? Skończmy te farsę. Zdajesz sobie sprawę ze swojego położenia? Admiralicja Kriegsmarine zaproponowała ci miejsce w sztabie, zachowasz swój stopień admiralski... Cóż to w ogóle za teatr? I dlaczego mówisz do mnie po francusku?
Po krótkiej chwili ciszy, Joseph zacisnął szczęki a jego oczy zwęziły się. Oschłym tonem nadal po francusku cedził słowa przez zaciśnięte zęby:
- Nazywam się Józef Unrug, Jestem Polakiem i oficerem polskim a taka propozycja to dla mnie zniewaga i potwarz, nigdy jej nie przyjmę. Nie obrażaj mnie w ten sposób... kuzynie. Jeśli chodzi o niemiecki, to 1 września zapomniałem tego języka.
Generał Walther von Unruh był w ciężkim szoku, otwierał to znów zamykał usta nie wiedząc co powiedzieć. W końcu beznamiętnym tonem spytał:
- Jak mogę ci więc pomóc, czego ci potrzeba?
Jego kuzyn bez chwili zastanowienia spokojnie odrzekł:
- W moim pokoju jest nieszczelna zasłona. 
Osłupieni Niemcy w milczeniu, patrząc po sobie opuścili biuro komendanta obozu, który spiesznie odprowadzał ich do samochodu. Pozostawiony jedynie z niemieckim tłumaczem Unrug, ujął swoją nieodłączną laskę i wstał zmierzając do drzwi. Hitlerowski podoficer poderwał się i zawołał:
- Stać! Komendant nie pozwolił odejść!
Unrug obrócił się na pięcie do żołnierza i piorunując go spojrzeniem, odezwał się, tym razem po polsku jednak z wyraźnym niemieckim akcentem:
- Jak śmiesz! Wiem że jestem w obozie jenieckim, ale jestem naczelnym dowódcą floty polskiej i wymagam takowego traktowania! Szczególnie przez niższych rangą żołnierzy.
Na tę wymianę zdań wpadł komendant placówki, nim cokolwiek zdołał powiedzieć kontradmirał Unrug przeniósł na niego wzrok kończąc swoją wypowiedź:
- Zostałem odznaczony najwyższymi krzyżami Francji i Niemiec, i nie pozwolę by byle kto mówił mi co i kiedy mam robić! 
Po tych słowach wyszedł z pomieszczenia. Niemcy pozostawieni sami sobie, jeszcze przez krótką chwilę stali wyprostowani na baczność. Nadzorca obozu tłumił w sobie odruch by zasalutować za wychodzącym. Było mu wstyd, że polski jeniec potrafi wydawać mu rozkazy...      
   *Sfabularyzowany tekst na podstawie materiałów źródłowych.

Józef Unrug w 1930 roku, w tedy w stopniu Komandora.

O Józefie Unrugu, można śmiało powiedzieć, że jest wybitnym wśród nieznanych. Barwna postać historyczna, przykład patriotyzmu a jednak dzisiaj nieco zakurzona i jakby zapomniana. Chciałbym przybliżyć wam postać człowieka, który pokochał swoją ojczyznę, pomimo że jej nie znał, pomimo że nie istniała. O niewielu żołnierzach a nawet ludziach można w końcu powiedzieć, iż kupili okręt dla swojego kraju za własne pieniądze.
Pozwólcie, że przedstawię wam jedną z moich ulubionych postaci polskiej historii. Józef Unrug.

Urodził się 7 października 1884 roku w Brandenburgu pod Berlinem. Nadano mu imię Joseph Michael Hubert. Kilka imion było normalną rzeczą w rodzinach arystokratycznych a Joseph z takiej właśnie pochodził i to nie byle jakiej. Matką była Saksońska hrabianka Izydora von Bünau, której rodowe korzenie sięgały roku 1166. Ojcem natomiast był Tadeusz Gustaw von Unruh, generał pruskiej gwardii i wieloletni adiutant Fryderyka Wilhelma IV, brata cesarza Wilhelma I. Jeśli chodzi o nazwisko Unruh, lub Unrug, to do dziś trwają spory czy są to spolonizowani w VII wieku arystokraci niemieccy, czy zgermanizowana w trakcie zaborów polska szlachta. W każdym razie serca w tej rodzinie biły raczej w rytm mazurka. Starsi bracia Tadeusza Gustawa walczyli w powstaniu styczniowym w 1863 roku a sam Tadeusz choć w młodych latach ciążył w stronę niemiecką, zadbał o wychowanie dzieci w duchu Polskim. Posyłał Józefa na lekcje do polskich emigrantów i nauczycieli, sam zwracał się do syna tylko w języku polskim. W domu pełno było polskojęzycznych książek z których Joseph często korzystał. Do matki zaś musiał mówić po niemiecku, a gdy oboje rodzice byli obecni obowiązywał język francuski. Kiedy Generał przeszedł na emeryturę w 1870, kupił majątek ziemski Sielec koło Żnina w Wielkopolsce. W tedy to zaczął zgłębiać swoje polskie korzenie i czuł się coraz bardziej Polakiem. Przez ten fakt często mylnie przypisuje się jako miejsce urodzenia Józefa właśnie Wielkopolskę.
Młody Unrug lubił czytać książki przygodowe i podróżnicze, co najprawdopodobniej wpłynęło na jego dalsze losy. Uczęszczał do gimnazjum Vitzthumschen w Dreźnie i w 1904 roku zdał maturę, następnie wrócił do rodzinnego domu w Żninie. Ojciec, emerytowany żołnierz w stopniu generała majora, chciał by syn studiował agronomię ażeby w przyszłości mógł rozwijać i zarządzać majątkiem. Syn miał jednak inne plany na życie, chciał iść w ślady taty i oddać się karierze wojskowej. Jego wybór padł na marynarkę wojenną, najwidoczniej pod wpływem przeczytanych w młodości lektur. Ojciec bał się, że zostanie tam zgermanizowany i zindoktrynowany, pomimo iż sam dosłużył się wysokiego stopnia nie ulegając niemieckim wpływom. Czując się Polakiem i nie chcąc by rodzina zatraciła świadomość o swoich korzeniach wydziedziczył Józefa z praw do rodzinnego majątku, na rzecz jego młodszego o 12 lat brata Michała. Jednoczenie jednak napisał list do Kilońskiej szkoły morskiej, który umożliwił przyjęcie Józefa. W efekcie 6 kwietnia 1904 roku wstąpił do Kaiserliche Marine jako kadet Akademii Morskiej w Kilonii. W tym samym roku wypłyną w rejs, rok później dosłużył się stopnia chorążego Cesarskiej Floty. Pierwszy przydział dostał na szkoleniowy trójmasztowiec, z dodatkowym napędem parowym, SMS "Stosch". Była to przestarzała jednostka i co ciekawe Unrug był jednym z ostatnich marynarzy którzy na niej służyli. Okręt został zezłomowany w październiku 1907 roku. Następnie nasz kadet służył na pancerniku szkoleniowym SMS "Mars", o wyporności 7.000 ton. Ciągle doskonaląc swoje umiejętności nie chciał przypuścić żadnej nadarzającej się okazji. Ukończył kurs minowo-torpedowy, oraz podwodnego pływania.

Odwiedzając w trakcie urlopów rodziców a przede wszystkim ojca, starał się przekonać go iż czuje się Polakiem, ten jednak w dalszym ciągu miał pewne obiekcje. Swoje obawy o wynarodowienie syna zabrał ze sobą do grobu, Tadeusz Unrug zmarł  w 1907 roku, jego syn odbywał w tedy rejs do Chin. W tym samym roku ukończył również Akademie Morską i uzyskał promocję oficerską na stopień podporucznika. Po ukończeniu szkoły morskiej Józef służył na krążownikach SMS "München" i SMS "Niobe", Na okręcie "München" w połowie 1907 przebywał cesarz Wilhelm II, by uczestniczyć w pokazie pierwszego niemieckiego okrętu podwodnego U1. Czy Unrug w tym czasie służył na jednostce, nie jest mi wiadome. Ostatecznie do roku 1908 był zaokrętowany na nieco nowocześniejszym pancerniku SMS "Braunschweig". W 1910 roku dosłużył się stopnia porucznika i przeszedł do służby lądowej. Był bardzo ambitnym, znający kilka języków i inteligentnym człowiekiem. Dlatego w 1911 roku został mianowany na oficera inspekcyjnego nowo wybudowanej Szkoły Marynarki Wojennej Mürwik we Flensburgu. Po jakimś czasie został również adiutantem komendanta szkoły i pozostawał na tym stanowisku do 1913 roku. W tedy to skierowano go na pancernik SMS "Friedrich der Grosse", okręt flagowy Cesarskiej marynarki Wojennej. Na początku pełnił tam funkcję oficera wachtowego a następnie dowódcy baterii dział. Okazało się, że pod jego rozkazami artylerzyści zaczęli uzyskiwać najlepsze wyniki ze strzelania w całej flocie. Niestety musiał zapłacić za to uszkodzeniem słuchu. To własnie na tym pancerniku, zastał Unruga wybuch Wielkiej Wojny. Jednak w obliczu blokady morskiej Niemiec przez Anglię i stagnacji działań wojennych na morzu w pierwszej fazie wojny, nie wziął udziału w żadnej bitwie. W międzyczasie, tuż przed wybuchem konfliktu dostał przydział na Cesarski jacht SMS "Hohenzollern", co było wyrazem głębokiego zaufania i uznania. Jaki miał być charakter jego służby na Cesarskim okręcie? Tego nie wiadomo, prawdopodobnym jest iż miałby dowodzić jedną z baterii dział 52 mm lub 50 mm. Cesarska jednostka była raczej słabo uzbrojona i pełniła rolę reprezentacyjną. Głowa Cesarstwa Niemieckiego, przebywała na nim w trakcie wizyt i podróży wymagających przeprawy morskiej. W ciągu 20 lat służby tego okrętu, cesarz spędził na nim łącznie około 4 i pół roku.

SMS Hohenzollern rok 1902.

Ale wracając do naszego bohatera. Wybuch wojny przekreślił wizję spokojnej i prestiżowej służby. W zamian za to po niecałym roku bezczynności na pokładzie Friedricha, przeniesiono Unruga do służby na okrętach podwodnych. Jako, że odbył podwodne kursy pływania, w 1915 roku otrzymał awans na kapitana marynarki i został zastępcą dowódcy, a później dowódcą okrętów podwodnych UB-25, UC-11 i UC-28. Dwa ostatnie były podwodnymi stawiaczami min. Z tych okrętów jedynie UC-11 odniósł jakiekolwiek sukcesy. Na jego minach do końca wojny zatonęło 25 statków i 2 okręty. Jednak nie wszystkie te miny zostały postawione w trakcie gdy dowodził nim Józef Unrug. Ponieważ w 1917 roku został szefem flotylli szkoleniowych okrętów podwodnych i szkoły dla techników oraz marynarzy podwodnych w Kilonii. W tym okresie pod jego rozkazami, jako zwierzchnika flotylli, znajdował się późniejszy dowódca broni podwodnej i naczelny dowódca Kriegsmarine Karl Dönitz. Unrug swoje stanowisko piastował do końca I Wojny. We wrześniu 1918 roku, za swoje zasługi otrzymał Krzyż Żelazny I klasy, w listopadzie skończyła się wojna i zaczęła narodowa zawierucha na teatrze europejskim. Między innymi zaczęła się odradzać Polska, kraj który dla Józefa był czymś więcej niż narodem o którym czytał w książkach. W marcu 1919 roku złożył dymisję i odszedł na własne życzenie z Cesarskiej Marynarki wojennej, i wrócił do rodzinnego majątku w Wielkopolsce.

Długo jednak nie potrafił wieść życia jako cywil i już w maju, czyli po niecałych dwóch miesiącach, zgłosił się w Warszawie do nowo formującego się Wojska Polskiego. Złożył prośbę o przyjęcie w szeregi Polskich Sił Zbrojnych z zaliczeniem piętnastoletniego stażu w Cesarskiej Marynarce. Nie było to jednak takie łatwe, ponieważ z różnych zaborów ściągali do nowo tworzącego się kraju, różni ludzie. Joseph von Unruh musiał udowodnić swoją polskość, sprawę utrudniało to iż okazało się, że mówi niezbyt dobrze po Polsku. Przedstawił jednak dokumenty, że jest obywatelem polskim z rodzinnym majątkiem w Sielcu. Na poparcie tego faktu dołączył pisma tamtejszej społeczności, potwierdzające jego słowa. Nie bez wagi okazali się również jego krewni, Chłapowscy i Unrugowie służący w oddziałach wielkopolskich. Józef Unrug został pozytywnie zweryfikowany, jednocześnie przyznano mu również jego stopień kapitana marynarki. Tak Niemiec stał się Polakiem a obawy jego ojca okazały się bezpodstawne i błędne.
Paradoksem było to, że Józef Unrug został kapitanem marynarki kraju, który nie posiadał ani okrętów ani nawet dostępu do morza. Mało tego od połowy XVII wieku, Polska nie dysponowała morskimi siłami zbrojnymi, więc odbudować je było znacznie trudniej niż wojska lądowe. Jednak istniały już plany budowy floty, jak i starania o dojście do Bałtyku a ich częścią miał stać się były kapitan Kaiserliche Marine. Obsadzono go na stanowisku Kierownika Wydziału Operacyjnego dla Spraw Morskich. W owym czasie był jednym z sześciu oficerów którzy przeszli z niemieckiej floty na służbę polską. Znaczna większość wywodziła się z zaboru rosyjskiego. Unrug z zacięciem uczył się polskiego, rzetelnie wykonując powierzone mu obowiązki i zadania, regularnie awansował otrzymując kolejne stanowiska sztabowe. Jednym z takich stanowisk było kierownictwo nowo powstałego Urzędu Hydrograficznego, który tworzył od podstaw dobierając sobie współpracowników. Z początkiem 1920 roku w Gdańsku miał przejmować poniemieckie obiekty nawigacyjne wybrzeża. Traktat Wersalski wreszcie przyznał Polsce dostęp do morza na kilku odcinkach, oraz pierwsze polskie porty: Puck i Hel. Były to właściwie malutkie "porciki", ale wreszcie brzegi Bałtyku stały się znów częścią Polski. Niemcy niechętnie oddawali Polakom tereny, twierdząc iż nie będą w stanie odpowiednio ich zabezpieczyć pod względem nawigacyjnym. Jakżeż wielkie było ich zdziwienie, kiedy okazało się, że Polska Marynarka dysponuje wysokiej klasy specjalistami wchodzącymi w skład kadry oficerskiej.
Kiedy wreszcie polscy marynarze mogli poczuć zapach soli morskiej i zatopić swój wzrok w bezkresnym horyzoncie obmywanym przez bałtyckie fale. Okazało się, że nie mają na czym pływać. Niemcy nie uznawali rządu Polskiego, więc podobnie jak inni byli zaborcy nie mieli zamiaru sprzedawać nowo powstałemu państwu żadnych statków. Sojusznicy natomiast nie spieszyli się zbytnio z przekazaniem choćby wysłużonej jednostki. Przed Józefem Unrugiem stanęło kolejne zadanie. Potrzebny był statek hydrograficzny, aby nie potwierdziły się niemieckie zarzuty odnośnie nawigacyjnego zabezpieczenia tras morskich. Już w grudniu 1919 roku, polską uwagę zwrócił na siebie mały parowiec pasażersko-pocztowo-towarowy "Woltan". Była to wysłużona jednostka zwodowana najprawdopodobniej  w 1893 roku jako SMS "Deutschland". Zakup okazał się jednak niemożliwy, ponieważ niemiecki armator nie zgodził się sprzedać statku Polsce. Tu przydał się kapitan-lejtnant Joseph von Unruh, który udał się do Hamburga i na własne nazwisko kupił statek swojej ojczyźnie. Najprawdopodobniej za własne pieniądze, jednak źródła są tu niezgodne, więc należało by tę informację potraktować z rezerwą. W każdym razie po latach Unrug wspominał:
"Byłem wtedy po raz pierwszy i ostatni w swej karierze właścicielem okrętu wojennego."  


ORP "Pomorzanin"

Statek wyremontowano i zaadoptowano do nowych zadań w gdańskiej stoczni Wojana i 1 maja 1920 roku wypłynął na morze jako ORP "Pomorzanin". Pierwszy okręt w służbie Polskiej Marynarki Wojennej. Czasami można się spotkać z błędnymi informacjami jakoby okręt nabyto właśnie w Gdańsku. Jest to spowodowane tym, że z gdańska wypłynął po raz pierwszy pod polską banderą, zakupu jednak dokonano w Hamburgu.
Tak właśnie kolejny "Niemiec" został Polakiem za sprawą Polaka, który kiedyś był Niemcem. Muszę jeszcze wspomnieć o jednym ciekawym zdarzeniu, związanym z naszym pierwszym okrętem. Kiedy "Pomorzanin" po raz pierwszy wychodził z gdańskiego portu mijając zacumowane brytyjskie jednostki, które akurat stały w Nowym Porcie, wymieniono standardowe honory wojskowe. Jednym z okrętów był krążownik "Danae", to właśnie on w październiku 1944 roku przeszedł na służbę polską pod nazwą ORP "Conrad". Więc 1 maja 1920 roku spotkały się jakoby dwa okręty II RP. Pierwszy i ostatni, najmniejszy i największy.
Ale wróćmy do osoby, która umożliwiła nabycie tego pierwszego okrętu wojennego (Tak, wojennego. Instytut Hydrograficzny w tym czasie podlegał marynarce wojennej a jego jednostki pływały pod "Banderą Wojenną"). Oprócz przewodnictwa w Polskim Urzędzie Hydrograficznym, od czerwca 1920 roku Unrug pełnił funkcje dowódcy "Pomorzanina" i wchodził w skład komisji mającej za zadanie wytyczenie granic morskich kraju. Jego nieustępliwość i twarda obrona stanowiska polskiego wobec niemieckiej delegacji gdańskiej, zaskarbiła mu uznanie i podziw u przełożonych. Unrug, o czym się często zapomina, był osobą, która widziała jako najdogodniejsze miejsce na polski port wojenny Gdynię i  miała w jego budowie spory wkład. Napisany przez siebie memoriał w tej sprawie, który przedstawił był datowany o jeden dzień wcześniej, niż raport inżyniera Tadeusza Wendy, ostatecznie kierującego budową portu.
Latem 1920 roku, Józef przebywał na urlopie w rodzinnym domu w Sielcu. W tedy to zaręczył się z Zofią Unrug, swoją dalszą kuzynką, która 28 kwietnia 1921 roku ostatecznie została jego żoną.

Józef i Zofia Unrug.

Wrzesień 1920 roku, to dla kapitana Józefa Unruga miesiąc kolejnego wyzwania, został szefem sztabu Dowództwa Wybrzeża Morskiego w Pucku. Doprowadziło to do spotkania z ówczesnym pułkownikiem Jerzym Świrskim, który był szefem Departamentu dla Spraw Morskich w Warszawie. Tak rozpoczęła się współpraca dwóch ludzi, którzy bardzo często uzupełniali się nawzajem. Pojawiły się również nowe przeszkody, kadra oficerska złożona gównie z byłych żołnierzy marynarki rosyjskiej, odnosiła się nieufnie i z dystansem do "poniemieckiego kapitana". Podziały zaborów nadal były widoczne i żywe, każdy starał się otaczać ludźmi raczej z tej samej armii. A wyraźny niemiecki akcent Unruga i problemy z językiem polskim pogłębiały jeszcze bardziej nieufność wobec jego osoby. Największe trudności sprawiało mu pisanie po polsku, w tej kwestii często prosił o pomoc swojego współpracownika Jerzego Kłossowskiego. Ten wspominał to w następujący sposób:
"Prosił abym zwracał uwagę na jego pisemne wypracowania, gdyż nie czuje się wystarczająco mocny w pisowni polskiej. Bardzo mi się podobało, takie szczere żołnierskie postawienie sprawy"    

Po 5 miesiącach na obejmowanym stanowisku, Józef Unrug otrzymał awans. W dniu 5 lutego 1921 roku wyniesiono go do stopnia komandora podporucznika ze starszeństwem od 1 kwietnia 1920.    
Z końcem 1921 roku Polska Marynarka przechodziła kolejne zmiany. General Sosnkowski postanowił wydzielić ze struktur wojskowych marynarkę handlową i podporządkować ją zwierzchnictwu cywilnemu, z czym nie zgadał się wiceadmirał Kazimierz Porębski. Był on inicjatorem i twórcą nowo powstałej marynarki handlowej, wysoce zaangażowany w sprawy morskie i zasłużony w trakcie wojny polsko-bolszewickiej. Więc zadanie restrukturyzacji otrzymali komandorzy Świrski, Petelenzow oraz Unrug. W grudniu 1921 roku zakończono prace i już 1 stycznia roku następnego w życie wszedł nowy statut marynarki. W miejsce Departamentu dla Spraw Morskich utworzono Kierownictwo Marynarki Wojennej, na którego czele stanął Porębski. Nie był on przychylny Unrugowi i starał się sukcesywnie ograniczać jego uprawnienia. Głębokie antagonizmy doprowadziły do tego, że w końcu Unrug złożył podanie o zwolnienie go ze służby czynnej. Z dniem 1 grudnia 1923 roku przeszedł w stan spoczynku i w stopniu komandora porucznika powrócił do Sielca.
W maju 1925 roku opinią publiczną wstrząsnęła tak zwana "Afera Minowa". Chodziło o zakup min zaporowych dla polskiej marynarki wojennej na Łotwie. Okazało się, że są one przestarzałe oraz wybrakowane. Zarzuty o korupcję postawiono kilku oficerom a ogólna dyskusja obyła się nawet na forum Sejmu II RP, gdzie obarczono winą wiceadmirała Porębskiego. Za niedopilnowanie obowiązków i rzekome składanie niezgodnych z prawdą raportów postawiono go przed sądem honorowym. W II RP sprawa honoru dla oficera była przedmiotem najwyższej wagi. Komandor Świrski napisał do ministra spraw wojskowych list w którym dosyć krytycznie odnosił się do Porębskiego, kopię tego listu przesłał również Unrugowi. Ten pod wpływem zajść postanowił napisać memoriał w którym również poruszył osobę wiceadmirała:
"Nieszczęściem dla marynarki był jej szef, wiceadmirał Porębski, któremu brakowało jasno określonych długofalowych planów rozwojowych. [...] Nic dziwnego, że przy takim słabym i nieobliczalnym szefie, całe kierownictwo marynarki, a w pierwszym rzędzie służba materialnego zaopatrzenia okrętów i personelu, działała jak najgorzej." 

Przyjaciele i współpracownicy, (od lewej) Jerzy Świrski i Józef Unrug

W wyniku całego zamieszania Porębski podał się do dymisji a na jego miejsce 19 maja wyznaczono tymczasowo Jerzego Świrskiego.
Józef Unrug w swoim memorandum nakreślił jak powinna jego zdaniem wyglądać marynarka. Pomijając fakt, że proponował zmianę szefa Kierownictwa Marynarki Wojennej, co nastąpiło 19 maja. Postulował za weryfikacją kadry oficerskiej jak i za uniezależnieniem marynarki wojennej od przepisów dla wojsk lądowych. Jak to określił:
"Dopóki flota będzie powiązana z armia lądową, będzie zawsze traktowana niczym piąte koło u wozu."

Najprawdopodobniej na fali zmian jak i pod wpływem postulatów które wysuwał, prezydent Stanisław Wojciechowski powierzył mu dowództwo floty w Gdyni, przywracając do czynnej służby. W tym samym roku został odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi i łotewskim odznaczeniem za zasługi cywilne Orderu Trzech Gwiazd.
Po przyjeździe do Gdyni Unrug od razu zabrał się do pracy. Chciał poprawić ogólny stan i wizerunek marynarki wojennej. Flota, którą dowodził praktycznie nie istniała, ale on nie poddawał się. Wierzył, że dyscypliną i odpowiednią organizacją działań można stworzyć taką marynarkę z jakiej będzie można być dumnym. Był zwolennikiem prowadzenia ćwiczeń na morzu, na okrętach parowych i żaglowych. Mawiał iż marynarzy wyrabia się nie przy ławie szkolnej, lecz na morzu. Przy kole sterowym i pod żaglami. W takich warunkach w jakich przyjdzie im nie tylko pływać ale i walczyć. To właśnie dzięki jego zabiegom Polska nabyła w 1927 holenderski trzymasztowy szkuner, który ochrzczono ORP "Iskra". Był bardzo dumny z tego iż jego kraj wreszcie posiada odpowiedni, w jego oczach, okręt szkoleniowy. Często zwracał się do marynarzy słowami:
"Kto potrafi manewrować pod żaglami zwykłą szóstką nie będzie miał kłopotów, gdy przyjdzie mu manewrować krążownikiem."
 Najtrafniej tamten okres opisał współpracownik komandora, komandor porucznik Robert Kasperski:
"Codzienną pracę ułożył sobie tak, że był w stanie załatwić w oznaczonych godzinach, obowiązki dowódcy Floty, omówić zagadnienia bezpośrednio z podwładnymi, obejrzeć port wojenny oraz warsztaty, wskazać każde niedociągnięcie, dać wskazówki i wyciągnąć konsekwencje za najmniejsze niedbalstwo. To był Polak, którego patriotyzm przejawiał się w rzetelnym codziennym wykonywaniu obowiązków z całkowitym poświęceniem. Był przełożonym o najwyższych kwalifikacjach fachowych, wychowującym i uczącym własnym przykładem. Zawsze stawiał najwyższą poprzeczkę dla siebie i tego też wymagał od innych. Był człowiekiem szlachetnym, sprawiedliwym, zawsze taktownym, bezpośrednim, szanował godność innych i własną."

Unrug był również propagatorem lekcji z historii dla oficerów. Według niego miało to zniwelować zagrożenie rutyną, nabytą w dobie postępu techniki. Często wskazywał na fakt, że to nie okręty a ludzie wygrywają bitwy morskie. Więc nawet ustępująca pod względem technicznym strona, może odnieść sukces za sprawą walorów moralnych dowódcy i poziomu wyszkolenia załogi. Co z resztą według komandora miało przeważnie iść w parze. Był surowym, wymagającym, ale jednocześnie sprawiedliwym dowódcą. Tym cechom przypisuje mu się fakt zaprowadzenia i zachowania porządku w młodej marynarce wojennej. Podstawą tych cech, według niektórych historyków, miały być doświadczenia wyniesione z służby w niemieckiej Kaiserliche Marine. 
W maju 1926 roku Józef Unrug otrzymał kolejny awans, ze stopnia komandora porucznika na komandora. Swoje obowiązki wykonywał sumiennie i z poświęceniem, więc pomimo pięciu lat w stanie małżeńskim państwo Unrugowie nie doczekali się jeszcze potomstwa. Zawsze chciał mieć oko na wszystko i osobiście dbać o powierzonych mu ludzi i sprzęt. komandor Jerzy Kłossowski, w tamtym okresie kapitan ORP "Pomorzanin", po latach wspominał swojego szefa:
"Dowódca floty przeważnie raz na dzień obchodził nabrzeża portu wojennego, dokonywał powierzchownych oględzin okrętów i urządzeń portowych. [...] W związku z tymi kontrolnymi obchodami pozostawał pewien humorystyczny szczegół. Sygnałem ostrzegawczym o nadejściu dowódcy floty był wyprzedzający go wilczur z odgryzionym w niefortunnych zalotach ogonem. Dlatego załogi nazwały tego psa „Kominem”. Ukazanie się „Komina” na horyzoncie stanowiło zawsze hasło do ogłoszenia alarmu na okręcie."
Józef Piłsudski w asyście komandora Józefa Unruga (drugi z prawej lekko zasłonięty), wizytuje marynarzy na Oksywiu 1928 rok.

Jego oddanie służbie nie pozostawało niezauważone a kolejne awanse i stanowiska powierzano mu bez wątpliwości. Memoriał na temat budowy portu gdyńskiego z 1920 roku, na pewno nie pozostał bez znaczenia w wyborze jego osoby na kolejne stanowisko. W 1928 roku został stałym delegatem Ministerstwa Spraw Wojskowych komisji międzyministerialnej, do spraw budowy miasta i portu w Gdyni. Jego wkład w powstanie nowoczesnej bazy morskiej był nieoceniony, chociaż dziś często marginalnie podchodzi się do zasług Unruga na tej płaszczyźnie. Jego miłość do morza można było zauważyć w tym, iż angażował się nie tylko w sprawy wojskowe. Starał się również wspierać rozwój marynarki handlowej, oraz był jednym z założycieli polskiego "Yacht Klubu". Był szeroko szanowanym oficerem i budził powszechny respekt, nawet poza granicami Polski. W roku 1927 za szczególne osiągnięcia w życiu wojskowym otrzymał francuskie najwyższe odznaczenie, Order Narodowy Legii Honorowej. Jako ciekawostkę, można podać, iż w tym samym roku Syjam (Tajlandia), odznaczył go Orderem Słonia Białego, również za wybitne zasługi. Więcej na ten temat nie udało mi się ustalić, ale można dopatrywać się w tym pewnej analogii. Przed wojną Syjam, jako niedawna francuska kolonia, była zależna od swego protektora z nad Sekwany. Skoro już jestem przy odznaczaniach, muszę wspomnieć o Orderze Komandorskim Danebroga nadanym mu w 1931 przez Królestwo Danii. Jest to jeden z najstarszych orderów na świecie, ustanowiony został w 1671 roku.

Święto Morza w Gdyni 1935 rok. Józef Unrug w asyście kontradmirała Jerzego Świrskiego i generała Rydza-Śmigłego. Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe. 

Jako dowódcy floty, Unrugowi podlegały dwie formacje taktyczne. Flota operująca na Morzu Bałtyckim i flotylla rzeczna, obok admirała Świrskiego był jedną z dwóch najważniejszych osób Polskiej Marynarki Wojennej. Jednak to ten pierwszy miał większy wpływ na kształtowanie koncepcji rozwoju floty polskiej. Józef zaś z wielkim poświęceniem i talentem zbierał pieniądze na budowanie elementów obrony wybrzeża, wyposażenie, szkolenie kadr oficerskich jak również zakup nowoczesnych okrętów. Często były to społeczne pieniądze, jak na przykład składki funduszu obrony morskiej. Z jego inicjatywy powstał port wojenny na Oksywiu, oraz stocznia marynarki wojennej. Nie uszło to ogólnej uwadze i w 1928 roku został uhonorowany Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski. Myślę jednak, iż największym entuzjazmem przyjął wiadomość o narodzinach syna Horacego, które miały miejsce 23 lipca 1930 roku w Gdańsku-Wrzeszcz.
Dnia 21 grudnia 1932 roku został awansowany przez prezydenta Ignacego Mościckiego na stopień kontradmirała ze starszeństwem z 1 stycznia 1933 roku.

Kontradmirał Józef Unrug z wizytą na ORP "Gryf" 10 luty 1939 rok.

Kiedy na europejskiej scenie rosło napięcie polityczne, polska flota reagowała na militarne wysiłki innych państw dosyć ospale. Być może było to spowodowane przekonaniem Unruga, że walka przeciwko Niemcom w niesprzyjających warunkach i obliczu ogromnej przewagi militarnej wroga, była skazana na porażkę. Zaczęto jednak rozbudowywać infrastrukturę obronną na Helu a z powiatów w okół Gdyni utworzono Obszar Nadmorski. Całość została podporządkowana dowódcy floty. Dawało to Unrugowi uprawnienia równe dowódcom okręgów korpusów. Kiedy było już pewnym, iż wojna jest nieunikniona, pracował prawie nieustannie i w najwyższym napięciu. Zaowocowało to nawrotem choroby na którą cierpiał, chroniczna łuszczyca nasiliła się na tyle, że od kwietnia do czerwca 1939 roku był hospitalizowany. Po opuszczeniu szpitala czekał na niego nawał obowiązków. Zreorganizowano strukturę dowodzenia Obszaru Nadmorskiego tak, że teraz miał pod sowimi rozkazami Dowództwo Morskiej Obrony Wybrzeża, komandora Stefana Frankowskiego i Dowództwo Lądowej Obrony Wybrzeża pułkownika Stanisława Dąbka. Sam Unrug podlegał zaś kontradmirałowi Jerzemu Świrskiemu. W przededniu wojny 21 sierpnia 1939 roku zdecydował się przenieść dowództwo floty na Hel, co okazało się dobrym wyborem. Admirał Unrug zdawał sobie sprawę z tego, że Polska będzie musiała podjąć nierówną walkę i że będzie raczej mogła liczyć jedynie na własne siły. Po latach w wywiadzie dla telewizji RWE na temat września ´39 powiedział:
"Przyznam, że to dla mnie trudne, to tragiczny okres mojego życia, to tragedia narodu. [...] większość z wyższych dowódców zdawała sobie sprawę, że czeka nas klęska. Przewaga niemiecka była ogromna i położenie polskiej floty wręcz fatalne, ale obowiązek żołnierski nakazywał walkę. Była to obrona skazana na samotność."

Kiedy 24 sierpnia ogłoszono mobilizację, przeszedł pod bezpośrednie rozkazy Naczelnego Wodza a 30 sierpnia, wcielił w życie kontrowersyjny "Plan Peking". Rozkaz przygotowano już 26 sierpnia, rozdano go w zalakowanych kopertach dowódcy trzech polskich okrętów: ORP "Burza", "Błyskawica" i "Grom", oraz dowódcy dywizjonu. Po nadanym przez Polskie Radio Warszawa trzykrotnym komunikacie "Peking", złamano pieczęcie i odczytano zawartość. Plan przewidywał natychmiastowe odkotwiczenie i udanie się do portów państw sprzymierzonych.
"...6. Od chwili opuszczenia bazy – całkowita gotowość bojowa.
7. Przed wypowiedzeniem wojny działać tylko w razie wyraźnej agresji przeciwnika (użycie broni, obraza bandery)
8. Po wypowiedzeniu wojny – W razie spotkania nieprzyjaciela od walki się nie uchylać. W razie spotkania sił przeważających – starać się oderwać od nieprzyjaciela. Po wyczerpaniu wszystkich środków walki, lub jeśli sytuacja stanie się trudna, należy dążyć do schronienia się w porcie neutralnym, przede wszystkim szwedzkim, w ostateczności – każdym innym, o ile powrót do bazy będzie niewykonalny. Jeżeli schronienie się w porcie zagranicznym jest niewykonalne – okręt zniszczyć."


Wszystkie jednostki dotarły szczęśliwie do Anglii i brały udział w działaniach wojennych przeciwko Niemcom. Plan był jednak szeroko krytykowany a nawet dzisiaj można się spotkać z opinią, iż była to błędna decyzja. Jednak umożliwiła ona polskim marynarzom skuteczną walkę przeciwko hitlerowskiej rzeszy i uchroniła te jednostki od podzielenia losów innych polskich okrętów pozostawionych na Bałtyku. Swoją decyzję, po latach, Józef Unrug komentował następująco:
"Jeszcze rok przed wybuchem wojny ale kiedy już groźba samotnej walki z Niemcami stała się aktualną, doszliśmy z adm. Świrskim do wniosku, że wobec prawie całkowitej przewagi ich w powietrzu większe nasze jednostki nawodne floty wojennej zostaną po niedługim czasie zniszczone i że należy je zawczasu wysłać z Bałtyku, do portów naszych potencjalnych sojuszników i że tylko Gryfa należałoby zatrzymać."

Kiedy wybuchła wojna a niemieckie buty zaczęły deptać polską ziemię, szczęście przestało sprzyjać Admirałowi Unrugowi. Dnia 1 Września 1939 roku, Józef Unrug jak gdyby "zapadł się pod ziemię". Dowódca floty w pierwszych dniach września prawie w ogóle nie wykazywał aktywności. Jest to często pomijane i przeskakiwane w licznych opracowaniach. Od momentu naruszenia przez Niemców naszych granic, przechodzi się często od razu do bohaterskiej i wytrwałej obrony Helu. Tylko należało by również wiedzieć co działo się w pierwszych chwilach walk. Dlaczego akcja "Worek" i "Rurka" zostały przeprowadzone z olbrzymim opóźnieniem, lub nieskutecznie? Udało mi się znaleźć zaledwie jedną wypowiedź współpracownika admirała z tego okresu, kapitan marynarki Bohdan Mańkowski, lakonicznie opisał stan Unruga w chwili wybuchu wojny:
"...ze względu na głęboki kryzys psychiczny, wywołany wybuchem wojny oraz bardzo ostrym wówczas stadium trapiącej go choroby, dowódca Floty w ciągu pierwszych dni wojny nie był w stanie sprawować dowództwa"

Przełożyło się to na opóźnione wydawanie rozkazów, lub kompletny brak decyzji. Akcja "Worek", która przewidywała wyjście w morze okrętów podwodnych i blokowanie wybrzeża, została zainicjowana dopiero o godzinie 10:30. Natomiast "Rurka", czyli stawianie zagród minowych polskiego wybrzeża, które miało mieć miejsce z 31 sierpnia na 1 września nie odbyło się. Dopiero po południu 1 września "Gryf" w asyście kontrtorpedowca ORP "Wicher" otrzymał rozkaz minowania polskich wód. Niestety okręty zostały błyskawicznie zaatakowane przez niemieckie bombowce nurkujące. Pomimo iż bomby nie wyrządziły większych szkód zginął kapitan "Gryfa"  Komandor Podporucznik Stefan Kwiatkowski. Nowego kapitana nie wyznaczył dowódca floty i w efekcie zastąpił go nieudolny kapitan Wiktor Łomidze. Rankiem zginął również dowódca Morskiego Dywizjonu Lotniczego w Pucku komandor podporucznik pilot Edward Szystowski. Tu również nie przydzielono nowego dowodzącego. Dywizjon przeniesiono w okolice Jastarni i w ogóle jak gdyby zapomniano o samolotach, które właściwie bezczynnie, z powodu braku jakichkolwiek wytycznych, stały na lotnisku. W efekcie do 8 września zostały wszystkie zniszczone przez niemiecką Luftwaffe. Mogły by na przykład zostać wykorzystane do nalotu na Gdańsk, czy nawet zaatakować pancernik "Schleswig-Holstein". Jednak zabrakło rozkazów i maszyny nie podrywały się nawet do lotów zwiadowczych.
Jako błędna, oceniana jest również decyzja o wyokrętowaniu załogi maszynowej z ORP "Wicher" i "Gryfa". Miały one pełnić rolę baterii portowej, wzmacniając baterie imienia Heliodora Laskowskiego. 3 września, kiedy pojawiły się 2 niemieckie niszczyciele polskie okręty otworzyły ogień i po pierwszej salwie uzyskały nakrycie celu. W efekcie poważnie uszkodzono jedną z nazistowskich jednostek a druga ratowała się ucieczką. Polscy marynarze nie mogli jednak wyjść w morze w pościg za Niemcami z powodu braku załogi maszynowej. Stały więc bezbronnie równie  wieczorem kiedy nadleciały niemieckie samoloty. Dwa wartościowe okręty poszły na dno w helskim porcie. Zabrakło koordynatora w osobie dowódcy floty.
Również okręty podwodne przez 5 dni pozostawały bez rozkazów z trudem kryjąc się na helskich płyciznach. Po tym czasie dopiero wydano polecenie wyjścia na pełne morze, ale było już za późno. Początkowe ich takie ustawienie miało sens i było jak najbardziej usprawiedliwione zagrożeniem niemieckim desantem. Jednak zagrożenie to minęło już po kilkudziesięciu godzinach od rozpoczęcia niemieckiej agresji, reakcja dowódcy floty była spóźniona. Dlaczego tak doświadczony i zaangażowany oficer pozostał bierny w pierwszych dniach walki? Do wymienionych wyżej powodów można jeszcze dołożyć brak łączności z naczelnym dowództwem w Warszawie. Nie do końca jest prawdziwa opinia jakoby wybrzeże od początku było zupełnie odcięte od reszty kraju przez Wehrmacht. Meldunki admirała Unruga docierały do sztabu głównego, pozostawały jednak bez odpowiedzi. Dowództwo ignorowało jego próby nawiązania kontaktu i nie wysyłało żadnych instrukcji oraz poleceń. Śmigły-Rydz wiedział, że losy wojny rozstrzygnął się na lądzie, więc nie poświęcał uwagi sytuacji na wybrzeżu. Osamotnienie na pewno niekorzystnie wpłynęło na stan psychiczny, przepracowanego i nękanego chorobą Unruga. Pomimo wszystko, dowodzone przez niego wybrzeże broniło się najdłużej. Admirał nie zamierzał wchodzić w kompetencje dowódcy obrony lądowej pułkownika Stanisława Dąbka i pozostawił mu swobodę planowania obrony. Bronione przez niego Oksywie, stawiało opór do 19 września, kiedy to nie widząc dalszej możliwości obrony postanowił oddać rejon w ręce wroga. Zarządził generalny odwrót wszystkich sił, około 9 tysięcy żołnierzy oraz zgromadzonych tam cywili, Sam natomiast na czele garstki, dobrowolnie pozostających przy nim żołnierzy, ruszył do samobójczego ataku. Gdy odłamek szrapnela ciężko ranił pułkownika w głowę, ten ostatnią kula odebrał sobie życie.


Po pierwotnym załamaniu i stagnacji, Admirał Unrug postanowił bronić powierzony mu rejon najlepiej jak się dało. Niestety niewiele można było już w tedy zdziałać. Do swoich żołnierzy skierował odezwę:
"Jesteśmy ostatnimi obrońcami ojczystej ziemi. Musimy do ostatniej chwili trwać na posterunku, aby zademonstrować światu, że żołnierz polski nawet w najcięższych warunkach nie odda bez walki ani piędzi ziemi. Największe ofiary i przelana krew staną się żywym świadectwem naszego trwania nad polskim morzem. Żołnierze! Obrona Helu jest nie tylko symbolem, ale także zwykłym żołnierskim obowiązkiem, którego w tej chwili wymaga od nas Polska i który z poświęceniem wypełnić musimy."

Po straceniu Oksywia Półwysep Helski stał się ostatnia redutą obrony wybrzeża. Ze swoją Baterią Cyplową skutecznie i nieugięcie stawiająca opór. Admirał udowodnił tym słuszność swoich słów, że nie sprzęt a ludzie wygrywają bitwy. Podobno, kiedy 19 - 26 września w Grand Hotelu w Sopocie przebywał Adolf Hitler, Unrug miał o tym wiedzieć. Helska bateria dział imienia Heliodora Laskowskiego miała budynki w zasięgu ognia, jednak Admirał nie zgodził się na ostrzał. Miał twierdzić iż nie jest to honorowe ani rycerskie, kto wie czy udało by się zmienić bieg historii. 28 Września po upadku Warszawy zwołano naradę w sztabie dowódcy floty. Jednogłośnie postanowiono bronić się aż do października. Dzień później jednak doszło do buntu dwóch polskich kompanii. 13 i 12 kompanii rezerwowej, składającej się z Kaszubów, którzy twierdzili, że nie chcą dłużej walczyć ponieważ wojna jest już przegrana a oni nie mają zamiaru osierocić swoich dzieci. Bunt szybko stłumiono a winnych postawiono przed sadem wojennym. Józef Unrug postanowił jednak okazać łaskę i nie rozstrzeliwać skazanych. Jednocześnie jednak ze względu na upadek morale jak i beznadziejność sytuacji, 1 października wyszedł do Niemców z propozycją pertraktacji kapitulacyjnych. Do swoich podwładnych zaś w ostatnim przemówieniu, mówił w następujący sposób:
"Panowie oficerowie! Wszakżeż nie zezwalam na dalszy rozlew marynarskiej i żołnierskiej krwi! Niemcy i tak tę wojnę przegrają. Jeszcze Polska nie zginęła!"

 Od początku i w trakcie całych pertraktacji zwracał się do Niemców po polsku poprzez tłumacza. Ci zaś żywili głęboką nadzieję, że ten człowiek po odniesionej porażce przejdzie na ich stronę. W końcu posiadał niemieckie korzenie. Było by to nadzwyczaj cenne zwycięstwo propagandowe. Unrug natomiast nie miał najmniejszego zamiaru w jakikolwiek sposób współpracować z najeźdźcami swej ojczyzny. Do żołnierzy w rozkazie pożegnalnym zwrócił się słowami:
"[...]po wojnie będziecie defilować nie tylko w Warszawie, ale i w Berlinie"

W pewnym sensie były to prorocze słowa. Jako jednemu z nielicznych pozwolono mu zachować jego broń białą. Przerzucano go do kolejnych oflagów, w sumie było ich 7 w tym dwa karne. X B Nienburg, XVII C Spittal, II C Woldenberg, VIII B Silberberg, IV C Colditz, VIII E Johannisbrunn i VII A Murnau. Nieustannie proponując zmianę zdania i przyjęcie propozycji podpisania Volkslisty. Niemcy traktowali go z szacunkiem i oddawali mu honory wojskowe, potrafił swoją charyzmą stawiać na baczność nawet komendantów obozu. Możliwe, że było to spowodowane jego różnymi koligacjami. Tak do końca żaden z hitlerowców nie wiedział, kto się może jeszcze o niego upomnieć i do jakich celów, ten człowiek będzie jeszcze potrzebny Rzeszy.  
Unrug w każdym z obozów starał się zachowywać dyscyplinę i wojskowy dryl, wymagał tego również od swoich współwięźniów. Zakazał na przykład, swoim podwładnym podawania Niemcom ręki na przywitanie czy pożegnanie. Chciał w ten sposób, nadal walczyć z wrogiem. Stefan Jellenta wspominał chwile w obozie:
"[...]zawsze będę pamiętał Jego wyprostowaną, elegancką sylwetkę, gdy spacerował po obozie z nieodłączną laską w ręku. Również pamiętam i pamiętać będę, że kontradmirał był grzeczny i uprzejmy dla współjeńców oraz manifestacyjnie wyniosły i oschły dla Niemców. Przypominam sobie także, iż głośno i ostro zwymyślał [...] niemieckiego podoficera, który ośmielił się wejść do Jego pokoju [...] bez pukania." 
Natomiast Kazimierz Sławiński w swojej książce napisał:
"Był żołnierzem z krwi i kości. Dyscyplina, lojalność, godność osobista – to nie były czcze frazesy. Wymagał tego od nas i od siebie. W Colditz znajdował się starszy od niego stopniem generał dywizji Tadeusz Piskor. Admirał nigdy nie pozwolił na najmniejszy w stosunku do generała nietakt. Przeciwnie, stale podkreślał, że wszystkie jego rozkazy i zarządzenia są uzgadniane z gen. Piskorem [...] był bardzo czuły na schludny wygląd i właściwe zachowanie oficerów. Z całą surowością zwalczał tzw. obozową abnegację. Naturalnie oficerowie marynarki znajdowali się pod specjalnym obstrzałem admirała. W myśl obozowego regulaminu generałowie byli zwolnieni od udziału w apelach. Admirał przeważnie obserwował z okna odbywający się apel. Żartowaliśmy wówczas, że zapisuje sobie nazwiska marynarzy, którzy mu "podpadli". Miał zawsze surowy wyraz twarzy, raz tylko widzieliśmy go śmiejącego się."

Przykład przywiązania do swoich towarzyszy broni dał kiedy z pierwszego Oflagu, X B Nienburg, zamierzano przetransportować jego podwładnych do kolejnego obozu. Jego nie było na liście co najwidoczniej nie spodobało mu się. Podczas zbiórki na placu, admirał nagle dołączył do kolumny z walizeczką w dłoni. Oświadczył, że nie zamierza opuścić tych z którymi walczył na Helu i jedzie razem z nimi. Niemcy zgodzili się. Trafił do obozu Spittal, gdzie odwiedził go kuzyn, chcący nakłonić do zmiany frontu. Unrug kategorycznie odmówił, od tego czasu zerwał również wszelkie kontakty ze swoją niemiecka częścią rodziny. Kolejne takie próby podejmowano w każdym z oflagów. Na przykład w Woldenberg rozmawiał z nim generał major Jesko von Puttkamera, który był komendantem placówki. Po dosyć długich zmaganiach, wywiązała się następująca wymiana zdań:

- Złego konia pan obstawił admirale
Skwitował rozmowę zrezygnowany generał Jesko. Unrug natomiast z obojętnym wyrazem twarzy zwrócił się w polszczyźnie z wyraźnym niemieckim akcentem do tłumacza.
- Gonitwa jeszcze nie skończyła się, a mimo to ja już wiem, jaki koń dobiegnie pierwszy do mety, panie generale.
Kiedy tłumacz przełożył słowa Unruga na niemiecki, jego rozmówca pokręcił głową i opuścił pokój.


Józef Unrug (pierwszy z lewej na dole) wraz z współwięźniami w Oflagu w Colditz w 1941 roku

Kiedy Niemcy zaatakowały ZSRR, w obozie w Colditz organizowano manifestacje na cześć Rosjan. Pewnego wieczoru jeden z polaków wyrzucił przez okno butelkę, która spadła w pobliżu niemieckiego wartownika. Niemcy zrobili z tego ogromna aferę, do admirała przyszedł komendant placówki żądając ujawnienia się sprawcy. Obiecywał jednocześnie jedynie karę dyscyplinarną. Pod wpływem Unruga, milczący do tej pory oficer, przyznał się do czynu. Hitlerowcy od razu aresztowali go i postawili przed sądem za zamach na niemieckiego żołnierza, domagając się kary śmierci. Wyrok zamieniono jednak na 8 lat więzienia. Admirał Unrug, oburzony niehonorowym zachowaniem komendanta, zrezygnował z funkcji męża zaufania obozu. Wkrótce po tym przeniesiono go do kolejnej placówki. Józef Unrug do końca swej niewoli pozostawał nieugięty w swej postawie do Niemców. Rozmawiał z nimi jedynie służbowo i poprzez tłumacza. Nie podawał im ręki i ignorował każdą próbę zbliżenia się. W czasie swojego pobytu w oflagach przeczytał 400 książek, wszystkie po angielsku, lub francusku i ani jednej w języku niemieckim.
29 kwietnia 1945 roku, został wyzwolony przez amerykańskich żołnierzy. Następnie udał się do Londynu gdzie mianowano go zastępcą szefa marynarki wojennej RP na uchodźstwie, którym to nawiasem mówiąc był admirał Jerzy Świrski. We wrześniu 1947 roku otrzymał awans na stopień wiceadmiralski ze starszeństwem z 2 września 1946, oraz odznaczono go Złotym Krzyżem Virtuti Militari IV klasy. Kiedy jednak okazało się, że nasi "sojusznicy" przehandlowali suwerenność Polski na rzecz ZSRR, kariera wojskowa admirała dobiegła końca. Brytyjczycy zaoferowali mu emeryturę wojskową, jednak on manifestacyjnie jej nie przyjął. Stwierdził, że było by to nie fair wobec tysięcy żołnierzy i oficerów, który takowej nie otrzymali a do kraju wrócić nie mogli. On również nie był mile widziany przez nową władzę Polski Ludowej. Zdał więc egzamin na kapitana żeglugi wielkiej i wraz z żoną i synem wyjechał do Maroko. Tam w wieku 63 lat musiał zaczynać swoje życie na nowo.  Pracował w firmie znajomego z Gdyni, Fregata S.A. Ostatecznie w 1955 roku wraz z rodziną przeniósł się do Francji. Oferowane obywatelstwo przez rząd republiki również odrzucił, będąc dumnym ze swojego polskiego pochodzenia. Mieszkał wraz z żoną w domu rencistów w Lailly an Val, gdzie pracował jako kierowca ciężarówki wożącej żywność. Admirał Józef Unrug, zmarł w wieku 88 lat 1 marca 1973 roku.  
Po przemianach politycznych w Polsce, wiele środowisk kombatanckich, jak i sam rząd chciały sprowadzić prochy Admirała do kraju. Starania te wspierał sam syn obrońcy Helu, Horacy Unrug, związany z Polską a przede wszystkim z Gdynią. Jednak było to niemożliwe z powodu na uszanowanie ostatniej woli tego wielkiego człowieka. Zastrzegł on, że jego uroczysty pogrzeb w Polsce może się odbyć jedynie jeżeli w podobny sposób zostaną uhonorowani jego koledzy. Oficerowie Marynarki RP, zamordowani przez reżym komunistyczny w tak zwanym "Procesie Komandorów." A winni zbrodni zostaną osądzeni i skazani. Jednak długo nie było wiadomo gdzie spoczywają szczątki podwładnych Admirała Unruga. Stało się to możliwe dopiero w 2014 roku, dzięki ekshumacjom zbiorowych mogił i identyfikacji genetycznej. Szczątki Stanisława Mieszkowskiego, Zbigniewa Przybyszewskiego i Jerzego Staniewicza spoczną w październiku tego roku (2017) na cmentarzu w Gdyni na Oksywiu. Uroczystości pogrzebowe i złożenie prochów Admirała Unruga i jego żony Zofii są przewidziane na rok 2018 w stuletnia rocznice odzyskania przez Polskę niepodległości, oraz powstania Polskiej Marynarki Wojennej.

Józef Unrug.

Pomimo rzekomych błędów które popełnił Józef Unrug w pierwszych dniach wojny, z powodu załamania i choroby, potrafił zebrać swoje siły i w obliczu beznadziejnej sytuacji prowadzić opór aż do momentu kiedy stał się on bezsensownym. Jego postać staje się mi tym bliższa, ponieważ uświadamia mi, że nie ma nieomylnych ludzi. Liczy się natomiast to, co z tym zrobią i w jaki sposób skierują swoje dalsze kroki. Józef Unrug potrafił zachować swoją dumę i manifestować swoje pochodzenie w sposób, który budził respekt u podwładnych, przyjaciół, sprzymierzeńców, ale również wrogów. Pomimo, że po wojnie nie mógł wrócić do ojczyzny, oficjalnie władze PRL wypowiadały się pochlebnie na temat admirała. Był jedną z nielicznych postaci września ´39 o których wolno było dobrze pisać. Ten zaś potrafił pozostać prawdziwym Polakiem i patriotą nawet rozwożąc bułki we francuskim miasteczku na wygnaniu.


Materiały źródłowe:
J. Sługocki – "Wychowanie w Marynarce Wojennej II RP (1918-1939)"
A. Cieślik – "Admirał z Pałuk. Józef Unrug"
J. Pertek – "Mała flota wielka duchem"
C. Ciesielski, W. Pater, J. Przybylski – "Polska Marynarka Wojenna 1918-1980. Zarys dziejów"
Mariusz Borowiak - "Admirał: biografia Józefa Unruga"
Tadeusz Jurga - "Obrona Polski 1939"
Centralne Muzeum Jeńców Wojennych w Łambinowicach-Opolu
Polskie Radio



10 komentarzy:

  1. Bardzo dobry artykuł :). Zawsze można się dowieść nowego, dlatego prawie dziennie wchodzę na stronę z nadzieją że zobaczę kolejny okruch. Tak trzymaj :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, postaram się by nie zabrakło materiałów do czytania.

      Usuń
  2. No tak, za PRLu mówili o nim dobrze, żeby przy jego pomocy dokopać Świrskiemu. Wszystkie błędy na konto Świrskiego a zasługi dla Unruga. Co nie zmienia faktu, że faktycznie wielkim był człowiekiem.

    Pozdro.

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetnie napisane. Nie znałem tej postaci. Szacunek dla autora i oczywiście chylę czoła przed bohaterem tego tekstu. Dziękuję. Przy okazji życzę Wesołych Świąt!

    OdpowiedzUsuń
  4. Interesujaca historia,nieprzecietna postac.Dobrze jest poznawac glebiej postacie i szczegoly z faktow o ktorych niby cos tam wiemy. Ty nam to umozliwiasz opisujac w ciekawy sposob malo znane wydarzenia i osoby ,ktore odslaniaja nam zupelnie inne widzenie i inne myslenie o nich.Dodatkowo czyta sie Twoje artykuly z przyjemnoscia.

    OdpowiedzUsuń
  5. Witaj! Zagladam tu czasami a tu od dawna nic.Pewnie jestes na urlopie.No i dobrze.Zycze regenerujacego wypoczynku i ciesze sie na nowe nieznane mi "okruchy historii,ktore poznam dzieki Tobie.pozdrawiam TiM

    OdpowiedzUsuń
  6. Przeczytałam artykUŁ z ciekawością. Trafiłam przez przypadek chociaż znałam postać Unruga.Piękny życiorys ze smutnym wrześniowym załamaniem.
    Szukam materiałów dot.Pierwszej Samodzielnej Brygady Spadochronowej gen Sasabowskiego a konkretnie udziału w Garden Market.Może podpowie mi Pan jakieś źródła?
    Pozdrawiam.Renata Rosiak

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Odnośnie 1SBS, to wspominam o niej na moim blogu w ramach tekstu o Sosabowskim. Właśnie przez jego postać można wycYtac ciekawe rzeczy o jego brygadzie. Polecam film z 2007 roku "Honor generała".
      Pozdrawiam i zachęcam do czytania i dzielenia się spostrzeżeniami.

      Usuń
  7. Chylę czoła przed autorem artykułu i jego bohaterem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za uznanie. Mam nadzieję, że kolejne teksty również będą interesujące.

      Usuń

Komentuj - to dla mnie najlepsza motywacja.