poniedziałek, 3 lipca 2017

Helgoland - Malutka wysepka o wielkiej historii

Niedzielne popołudnie zapowiadało się nadzwyczaj spokojnie i pogodnie, kiedy Franz Schensky wraz ze swoim szwagrem wybrali się na wycieczkę żaglówką. Z Helgolandu w kierunku Hamburga i Bremen wypłynął własnie ostatni prom tego dnia i na małą wysepkę powróciły spokój i cisza. Kiedy słońce skłaniało się już w stronę zachodu zerwał się mocniejszy wiatr a błękit nieba przysłoniły chmury. Szwagier będący na urlopie u Schenskyego, popatrzył niespokojnie w górę. Wówczas z uśmiechem na twarzy odezwał się Jacob Hamkens, wprawiony żeglarz i właściciel stateczku, którym płynęli:
- Spokojnie, tylko straszy. Lato tego roku jest wyjątkowo łaskawe dla helgolandzkich szyprów. Już zarobiliśmy dobry grosz a to jeszcze nie koniec w tym sezonie, jeśli aura pozwoli...
I faktycznie po chwili niebo przetarło się a wiatr uspokoił i popołudniowe słońce znów zaczęło grzać. Kiedy w końcu Franz i jego szwagier dobili do portu, na nabrzeżu tłoczyli się, głośno dyskutując, urlopowicze i miejscowi. Szwagrowie wyskoczyli z żaglówki na molo i skierowali się w stronę tablicy ogłoszeniowej, przy której gromadził się tłum. Jeden ze stojących tam mężczyzn na ich widok podszedł pospiesznie i podekscytowanym głosem oświadczył:
- Austriacki następca tronu wraz ze swoją małżonką zostali zamordowani. To się nie skończy dobrze, teraz będziemy mieli wojnę.  
Schensky zmarszczył czoło i po chwili odezwał się do znajomego:
- Jacob, spokojnie. To z pewnością tragiczna i niepokojąca wiadomość, lecz czy taki incydent może wywołać międzynarodowy konflikt? Tak często w przeszłości wojna była już prawie pewna. 
Był 28 lipiec 1914 roku i tak burzliwie jak wybuchła dyskusja na temat mordu dokonanym na Franciszku Ferdynandzie i jego małżonce, tak szybko wszystko się uspokoiło. Helgoland powróciła do normalności, wyspa żyła pełnią sezonu urlopowego i cieszyła się wspaniałą pogodą. Jednak miało się to zmienić już niebawem. 
Franz Schensky przechodził 31 lipca wieczorem przez zwykle zaludniony Marcusplatz. Jednak tym razem musiał przystanąć. Był piątek i ani żywej duszy, wszystkie zwykle gwarne lokale i kawiarenki miały pospuszczane rolety a stoliki i krzesła zniknęły z tarasów. Wszyscy turyści otrzymali tego dnia polecenie opuszczenia wyspy. Cała okolica wyludniła się prawie zupełnie, jeśli nie liczyć Helgolandczyków i garnizonu... 
Wraz z odpłynięciem turystów do portu zaczęły zawijać niemieckie łodzie torpedowe i U-Boty. Garnizon w twierdzy, również wydawał się pękać w szwach. Teraz nawet Schensky był przekonany - "Wojna jest pewna." 
2 sierpnia 1914 roku stało się to czego nie spodziewał się nawet Franz Schensky. Cała Rzesza niemiecka skandowała parol "Gott strafe England" (Boże ukarz Anglię), Tylko na małej wysepce na Morzu Północnym zapanowała cisza a euforia z kontynentu nie przeniosła się w ten zakątek ziemi. Tego dnia Schensky wraz z rodziną pospiesznie pakował podręczny bagaż. Więcej nie wolno im było zabrać. Rozkazem komendanta garnizonu wszyscy mieszkańcy, a było ich 3.427, musieli w przeciągu 24 godzin opuścić wyspę. Cały teren zamienić miał się w bazę wojenną. Schensky ze łzami w oczach zamknął drzwi swojego domu, klucz pozostawił jednak w zamku nie przekręcając go - tak brzmiał rozkaz w rozporządzeniu. 
Rankiem 3 sierpnia 1914 roku około godziny 9, Franz Schensky jak również jego rodzina i sąsiedzi, patrzyli z pokładu parowca "Cobra" na znikającą za horyzontem wysepkę Helgoland. Opuszczali swój dom w imię cesarza, ojczyzny i ideałów polityków. Kurs Hamburg...    
*Sfabularyzowany tekst na podstawie wspomnień Franza Schenskyego.     


Helgoland dzisiaj. Widok od północnego-zachodu. 

Jak ważna może być malutka, bo o areale zaledwie 1 km², wysepka na Morzu Północnym? Czy taki skrawek ziemi możne mieć bogatą i tragiczną historię? Niejedno państwo na świecie nie może zapisać w swoich dziejach tyle ciekawostek, smutku i zniszczenia co wyspa Helgoland. Przechodząca z rąk do rąk, niszczona i odbudowywana, tylko po to by próbować ją później zupełnie unicestwić i zetrzeć z mapy świata. Dzieje tej ognistoczerwonej wyspy są tym dramatyczniejsze, że w samym środku burzliwych wydarzeń stali jej mieszkańcy. Niezależnie od tego kto akurat nimi rządził tak naprawdę zawsze uważali się za Helgolandzczyków, czy jak sami się nazywają "Insulan".
Oto streszczenie dziejów tego małego zakątka ziemi.

Jak zacząć opowieść o wyspie, w którym momencie zaczyna się właściwie historia jakiegoś miejsca? Można by opisywać jej narodziny, kiedy ruchy tektoniczne wypiętrzyły skały z dna morza a zmiany klimatyczne nadały im charakter. Jednak zajęło by to zbyt dużo czasu i miejsca, poza tym chciałbym skupić się tu na tych ważniejszych, choć może nie do końca znanych szerszemu gronu faktach.
Zacznijmy więc około 690 roku, wtedy pojawiają się pierwsze zapiski o świętej wyspie Foseteland, czyli dzisiejszym Helgoland. Zależnie od źródeł w 689 lub 697 roku zbiegł na nią ostatni król fryzyjski Radbod. Pokonali go Frankowie po drodze do chrystianizacji okolicznych ziem. Radbod nie zgodził się na przyjęcie chrztu, ponieważ jak miał twierdzić, spotkałby w raju samych swoich wrogów, kiedy jego rodzina była by w piekle. Tak więc ukrył się na tej małej wyspie wśród miejscowych. Miał ją jednak opuścić, by ponownie spróbować odzyskać władzę. Legenda głosi iż Radbod, zmarły w tajemniczych okolicznościach w 719 roku, został pochowany na Helgoland w kamiennej skrzyni. Można ją dziś zobaczyć w Neues Museum w Berlinie, jednak bez jakichkolwiek szczątków ludzkich w jej wnętrzu. Skrzynię odnaleziono w 1893 roku i  poza tym, że jest reliktem z czasów epoki brązu nic tak naprawdę o niej nie wiadomo. Jest to jednak dowodem na to, że ta malutka wysepka była zamieszkana od zamierzchłych czasów. Groby i szczątki ludzkie na niej znalezione przez archeologów datowane są na okres 1500 - 1400 przed Chrystusem.

Kamienna skrzynia z Helgoland.

Tak naprawdę, ta mała i surowa wyspa, w zamierzchłych czasach nie była  nikomu potrzebna. Gdyby pisać powieść fabularną spełniała by idealnie rolę pirackiego azylu, ale Morze Północne to nie Karaiby. Ludzie spokojnie tam żyjący, jednak w bardzo surowych warunkach, zajmowali się rybołówstwem i nie mieli czasu ani ochoty zastanawiać się czy są jakimś królestwem czy ludem. Od 1231 do 1714, wyspa Helgoland wielokrotnie przechodziła z rąk do rąk. Najpierw była własnością króla duńskiego pod jurysdykcją Herzoga Szlezwik-Holsztynu, potem szwedzkiego. Przez krótki okres znajdowała się pod jurysdykcją Wolnego miasta Hamburga. Ale "Insulanie" najprawdopodobniej nawet o tym nie wiedzieli. Ludzie ci mówili własnym językiem i skupiali się w Rody zwane Domami. Jak już wspomniałem żyli z rybołówstwa i połowu homarów. Nie zajmowali się, jak głoszą legendy, pirackim rzemiosłem. Jednak ze względu na fakt iż wody wokół wysepki były bardzo burzliwe i zdradliwe, czasami zdarzyło się Helgolandczykom wyłowić coś więcej niż ryby. Kiedy na skałach osiadł, lub rozbił się jakiś statek, ruszali z misją "ratunkową" by zabezpieczyć ładunek. Rzadko kiedy znalazło się miejsce dla rozbitka a gdy już jakiegoś zabrali musiał się liczyć z faktem, że do domu wróci tylko w tym co ma na sobie.
Sytuacja wysepki i jej mieszkańców nie zmieniła by się pewnie przez długie stulecia gdyby nie mała ryba. Mianowicie w 1425 roku, znikąd pojawiły się wokół wyspy nieprzebrane ilości śledzi. Ilość i rozmiary ławic były tak potężne, że u wszystkich nacji na kontynencie, wybuchła swoista "śledziowa gorączka." Nagle Helgoland stało się centrum rybołówstwa w tym regionie. Na tym skrawku lądu, w przeciągu kilku miesięcy wyrosło około 200 rybackich magazynów. Na połów wypływało regularnie między 200 a 300 łodzi, na których znajdowało się około 2.000 marynarzy. Konkurencja między poszczególnymi partiami była wielka. W 1496 Herzog Karol Fryderyk Holsztyński von Gottrop, kazał zburzyć wszystkie budynki obcych kupców i nakazał pobierać wysokie podatki od cudzoziemców. Co nie spodobało się miastom hanzeatyckim, które uważały Helgoland za "wyspę wolną, tak jak wolne jest morze." Jednak Herzog upierał się przy swoim, twierdząc iż znajduje się ona pod jurysdykcją Szlezwik-Holsztynu. Rok później, siły miast hanzeatyckich wylądowały na wyspie i tym razem zburzyły w odwecie, wszystkie domy handlowe von Gottorpa. Wiosną 1498 roku Hanzeatycy próbowali znów wybiegu, który przyniósł im sukces rok wcześniej. Tym razem Fryderyk był już przygotowany, zebrawszy większe siły. Udało mu się odeprzeć napastników i wziąć w niewolę około 100 ludzi. Dopiero wówczas wszczęto rozmowy dyplomatyczne. Wyspa przypadła Herzogowi Holsztyńskiemu w drodze losowania, Tak o przynależności wysepki rozstrzygnął przypadek. Co prawda od 1500 roku nie pobierano "podatków śledziowych". Opłatę pobierano od łodzi w wysokości zależnej od ilości wioseł. Tak Helgoland przestała być "jakąś" wysepką a zamieniła się w źródło ogromnego dochodu. Opodatkowaniu podlegało prawie wszystko na niej. Nawet korzystanie z łąki w wyższej jej partii.
Gdzie w tym wszystkim byli rdzenni mieszkańcy? Im nie przysługiwał samodzielny połów i czerpanie z niego zysków. Mogli najwyżej zaciągać się na łodzie handlarzy z wybrzeża. Przynosiło im to jednak nie tylko dochód pieniężny, ale również poznawali nowe techniki połowu ryb. "Insulanie" wynajmowali również mieszkania i działki na których wznoszono magazyny i domy targowe.
Ilu było tak właściwie tych dziwnych ludzi mieszkających na tej niegościnnej wyspie? Pierwszego spisu dokonano w 1550 roku i zarejestrowano około 300 dorosłych osób. Wtedy to również śledzie zniknęły z okolicy a wraz z nimi dochód i zainteresowanie wyspą. Obcy pozostawili po sobie jedynie zarazę, która znacznie przerzedziła garstkę wyspiarzy. W 1615 ich liczba, wraz z kobietami i dziećmi nie przekraczała 200 dusz. Sytuacja poprawiła się jednak pod koniec XVII wieku. Helgolandzkie społeczeństwo pozostawione w spokoju rozwinęło się  do liczby 1.000 dorosłych. Przez kolejne lata, skalna wysepka straciła na znaczeniu. W 1569 roku Herzog Holsztyński chciał ją nawet sprzedać, jednak nikt już nie był chętny. Utrzymywał tam mały garnizon, którym w jego imię zarządzał tak zwany Landvogt. Z czasem powstały również tawerny a w wyższej partii góry zaczęto hodować owce i krowy. Wraz ze wzrostem dobrobytu zaczęły znów rosnąć dochody z podatków oraz zainteresowanie wysepką. Duński król Chrystian V w roku 1684 zgłosił nagle roszczenia do wyspy. Twierdząc że władcy Holsztyńscy od 1544 bezpodstawnie traktują Helgoland jako swoją własność i teraz jemu należy się profit z niej na taki sam okres czasu. Cztery duńskie okręty pojawiły się koło wyspy. Dowódca ekspedycji admirał Pauseln zażądał poddania wyspy w zamian za zachowanie przywilejów jej mieszkańcom. W przeciwnym razie zagroził zniszczeniem wszystkich statków i łodzi, oraz zniewoleniem mężczyzn, którzy akurat znajdowali się na morzu, poławiając ryby. Oczywiście Landvogt i jego 12 żołnierzy z garnizonu, zamierzali stawić opór posiłkując się Landwerą. Jednak wyspiarze mieli inne zdanie na ten pogląd i po prostu rozbroiwszy oficerów poddali wyspę. Można się spotkać z ciętym opisem tego wydarzenia, jakoby to kobiety odebrały broń żołnierzom i uwięziły ich. Wysepka przeszła w duńskie ręce. Mieszkańcy nie tylko zachowali swoje przywileje, ale otrzymali nowe i tak na przykład zarządcą wyspy mógł teraz zostać miejscowy. Obcy handlarze musieli teraz wynajmować lokum u wyspiarzy i gospody przestały być monopolem możnych. Teraz każdy mógł sprzedawać alkohol za odpowiednią opłatą podatkową.
Duńskie panowanie trwało zaledwie 5 lat, kiedy w wyniku politycznych dyplomacji, wyspa znów trafiła w ręce Herzogów holsztyńskich.

Schody prowadzące z dolnej części wyspy na "Oberland" Rysunek przedstawia Helgoland około roku 1714.

Wraz z nowym stuleciem na wyspie zapanował znów niepokój. W wyniku Przepychanek i różnych sojuszy na scenie europejskiej, zaszły znaczące zmiany na mapie. Szlezwik-Holsztyn sprzymierzony ze Szwedami, w obliczu ich porażki znalazł się w niekorzystnej sytuacji. Król duński Fryderyk IV Oldenburg, postanowił na tym zyskać i tak w 1714 roku okręty duńskie znów zawitały na Helgoland. 18 lipca nastąpiła ewakuacja mieszkańców wyspy na jej górne partie a każdy z nich musiał wziąć udział przy budowie fortyfikacji. Rozkazem kapitana garnizonu, każdy był zobowiązany do wniesienia na przedpiersie fortu pół tony piasku, w celu umocnienia go. 5 sierpnia pojawili się Duńczycy, okręty zakotwiczyły za przyległą do wyspy głównej piaskową łachą, zwaną Düne. W tamtym okresie była ona jeszcze połączona z wyspą i stanowiła jej integralną część, ale o tym później. Kiedy w końcu dzień później, najeźdźcy wyładowali się na plaży, zażądali poddania wyspy. Jak już to kiedyś miało miejsce. Tym razem jednak nikt nie zamierzał się poddawać. Więc 7 sierpnia, przybysze zaczęli ostrzał z moździerzy, od godziny 16 oddawano salwę co piętnaście minut aż do północy. Potem co pół godziny, ostrzał kontynuowano do 8 sierpnia do godziny 14 - 15. Po tym czasie niewiele zostało z zabudowań, cała wyspa zamieniła się w pogorzelisko. W tej sytuacji nie pozostało nic innego jak poddać wyspę. Tym razem nie było mowy o przywilejach, a wręcz na mieszkańców spadły nowe obciążenia. Tak na przykład musieli utrzymywać znacznie powiększony garnizon a żołnierze byli kwaterowani w prywatnych domach, oczywiście na koszt gospodarza.
Duńczycy kontrolowali wyspę do 1807 roku. Ale dla "Insulan" było to raczej zmiana nominalna, po pierwsze w praktyce zarządzanie wyspą było podobne do tego z czasów zwierzchnictwa Herzogów a po drugie ludzie ci cały czas posiadali romantyczne fantazje na temat swojej niepodległości. W bibliotece w Kopenhadze można znaleźć informacje na temat "helgolandzkiej flagi." Pierwszy jej opis pochodzi z roku 1714 i mówi, że flaga w barwach zielono - czerwono - białych, powiewała na latarni morskiej. Pod duńską władzą Helgoland mógł się spokojnie rozwijać. Polityka neutralności tego kraju sprawiła, że pomimo licznych wojen i konfliktów europejskich wyspa jak i jej nowy "pan" mogła profitować z pokoju i handlu.

Pocztówka z Helgolandu. Przedstawia flagę wyspy, latarnię morska jak również samą wyspę. 

W tamtym okresie zmieniło się również oblicze Helgoland. Kiedyś, to co dziś przypomina łachę piasku i nazywane jest Düne, było integralną częścią wyspy. Łączyła się z nią naturalną, skalisto-piaskową groblą. Mało tego, ta piaszczysta wysepka była prawie tak wysoka ja górne partie właściwej wyspy, zwane "Oberland". Wznosiły się na niej kredowe skały, które były eksploatowane jako surowiec. Ostatnie resztki kredy wydobyto w 1711 roku, wówczas złoże zostało wyczerpane. Ale to jeszcze nie wszystko. W nowy rok 1721 roku Helgolandczycy obudzili się w nowej rzeczywistości. W noc sylwestrową na przełomie 1720 i 1721, na Morzu Północnym rozpętał się sztorm i nie było by w tym nic dziwnego gdyby nie był to jeden z najdzikszych jaki pamiętali wyspiarze. Olbrzymia fala zalała groblę, tworząc w niej dużą wyrwę w której wytworzył się nurt. Nie bez znaczenia na jej przerwanie, wpływ maiło wydobywanie kredy, które osłabiło statyczność grobli. Na niższej partii wyspy, zwanej analogicznie "Unterland" nie znajdowało się wiele zabudowań. Kilka rybackich bud i tawerna "Herrenkrug", na więcej nie było miejsca na tym wąskim skrawku plaży. Więc straty nie były zbyt duże. Prądy przepływające teraz poprzez powstałą wyrwę naniosły pozostałości wału znacznie poszerzając południową plażę. Z czasem cały naturalny nasyp zniknął, częściowo tworząc na tyle szeroki pas "Unterlandu", iż w późniejszym czasie można było postawić tam znacznie więcej budynków.

Okres Wojen Napoleońskich to dla tej malutkiej wysepki koleje zmiany. Kiedy "mały wódź francuski" w 1806 przeprowadził blokadę kontynentalną mającą na celu odciąć i zagłodzić Anglię, Helgoland stała się centrum dla przemytników. Blokada miała nie tylko negatywny wpływ na brytyjskiego mieszkańca, ludność niemiecka również cierpiała na niedobór takich towarów jak kawa, cukier, tytoń czy bawełna. Anglicy w obliczy blokady, traktowali wszelkie inne statki (również neutralne), jako łatwą zdobycz. Tak więc żegluga handlowa praktycznie przestała funkcjonować. Gdy w 1807 roku, Brytyjczycy zajęli Helgoland robiąc z niej swoją nową kolonię, szmugiel rozkwitł niczym pąki na drzewach na wiosnę. Do Anglii wożono zboże i inne produkty spożywcze, w drugą stronę natomiast towary luksusowe jak te wyżej już wspomniane. Wysepka uzyskała miano "Dziury w blokadzie kontynentalnej".  Pozostając nią praktycznie do końca konfliktu, w 1814 Traktat Kiloński przewidywał, że Helgoland pozostanie pod jurysdykcją brytyjską. Tak "Insulanie" po raz kolejny zmienili swoją przynależność narodową.        
W 1826 roku Jacob Andresen Siemens, wpadł na pomysł, który de facto również dziś jest główną cechą wyspy. Założył małą spółkę akcyjną, która utworzyła pierwszy ośrodek kąpieliskowy na Helgoland, a dokładniej na piaszczystej Düne. Rozwój tego przedsięwzięcia musiał być zaskakujący nawet dla samego pomysłodawcy, w 1831 roku ośrodek zaczął przynosić pokaźne dochody. Odwiedzali go między innymi ludzie z wyższych sfer. Znani niemieccy pisarze i poeci. Wydawca Julius Campe był stałym gościem w uzdrowisku. Czy uważany za "ostatniego poetę romantyzmu" Christian Johann Heinrich Heine. Jednak chciałbym skupić się tu na dwóch innych osobach, ale przedtem należy dokończyć historię założyciela kurortu. Jacob Andersen był nie tylko głównym udziałowcem, ale również radnym na wyspie, a przede wszystkim był Helgolandczykiem. W trakcie gorących dyskusji na posiedzeniach rady miejskiej, zdarzyło mu się niepochlebnie wyrazić na temat brytyjskiego gubernatora jak i niektórych radnych. Za obrazę wytoczono mu proces i uwięziono go, jako kaucję wyznaczono akcje ośrodka wypoczynkowego. Obiecano mu je zwrócić, jeśli z własnej woli opuści Helgoland. Jacob oczywiście wolał pozostać na wyspie i zrzec się prawa do udziałów w swojej spółce na rzecz Anglików.

Rysunek z Muzeum Helgoland przedstawiający wyspę w XIX wieku. 

Jednym z gości w kurorcie na Helgoland i ważniejszą postacią dla niemieckiej historii był August Heinrich Hoffmann von Fallersleben. Profesor Uniwersytetu Breslau (Wrocławskiego), językoznawca i poeta a przede wszystkim autor niemieckiego hymnu narodowego "Deutschlandslied", który przetrwał do dziś. To właśnie z tym utworem wiąże się również historia naszej wyspy. Hoffmann napisał utwór przebywając na jednym z helgolandzkich urlopów a wiąże się z tym ciekawa anegdotka. W 1841 roku, poeta postanowił wybrać się na wypoczynek na Helgoland. W trakcie zajmowania miejsc na pokładzie promu, jak to było dawniej w zwyczaju, orkiestra grała pieśni na cześć pasażerów. W tamtym okresie wysepka była pod jurysdykcją brytyjską, a pasażerowie zaś różnych narodowości. Francuzi usłyszeli na ich cześć "Marsyliankę", Anglicy znów "God save the King", Niemieccy goście natomiast mogli wsłuchiwać się w słodką ciszę... Muzycy nie wiedzieli co mają właściwie zagrać dla podzielonego i przeżywającego problemy tożsamościowe narodu. w wyniku doznanego szoku von Fallersleben postanowił napisać pieśń, która jednoczyła by wszystkich Niemców narodowościowo i dawała poczucie wspólnoty. Tak powstał hymn zaczynający się od słów "Niemcy, Niemcy ponad wszystko..." Jako ciekawostkę można tu przytoczyć fakt, iż jeden z odręcznie pisanych przez samego Hoffmanna egzemplarzy pieśni, znajduje się w Bibliotece Jagielońskiej w Krakowie.
Wyspa ma również swój Polski akcent. Jak to się mówi: "Nie ma na ziemi miejsca, gzie by Polak nie postawił swojej nogi." W tym wypadku, mamy do czynienia z nie byle jakim Polakiem, bo z generałem Ignacym Prądzyńskim. Gdyby ktoś nie wiedział, był to zdolny strateg i planista. Weteran kampanii napoleońskiej, wojny polski-austriackiej i przede wszystkim powstania listopadowego. Miał ogromny wkład we wszystkie sukcesy tego zrywu, a porażki były często następstwami nieprzychylenia się do jego rad. Po latach służby ojczyźnie popadł w ciężką, niezdiagnozowaną chorobę, najprawdopodobniej był nią nowotwór. W 1850 roku, kiedy stan jego zdrowia pogorszył się, wyjechał na leczenie klimatyczne właśnie na Helgoland. Zamieszkał tam w jednym z pensjonatów, ale nie długo było dane mu tam mieszkać. Po tygodniu, wyproszono gościa z powodu nocnych jęków, którymi dręczył innych pensjonariuszy. Choroba osiągnęła już końcowe stadium i generał Prądzyński cierpiał na uciążliwe bóle. Wtedy przeniósł się prawdopodobnie do chaty rybackiej, gdzie zajmowała się nim, z pochodzenia Polka, pani Niemirycz z domu Lewińska. 4 sierpnia 1950 roku Ignacy Prądzyński zmarł na obcej ziemi. Najprawdopodobniej utonął w falach podczas kąpieli morskiej, choć istnieją przesłanki jakoby dokonał żywota w owej rybackiej chałupie. W każdym razie pochowano go na wyspie. Grób tego wielkiego Polaka dziś jednak już nie istnieje, a wszelkie próby jego odnalezienia spełzły na niczym. Część dawnego cmentarza znajduje się obecnie na dnie morza, zasługą za to mogą się pochwalić nie Niemcy jak mogło by się wydawać ale Brytyjczycy. O tym jednak później. Ziemia z prawdopodobnego miejsca pochówku polskiego patrioty, została złożona w krypcie zasłużonych poznańskiego kościoła św. Wojciecha w 1997 roku. Helgolandczycy również uhonorowali tego wielkiego Polaka i pomimo, że po jego mogile nie ma dziś śladu na placu, oficjalnym rynku na Helgoland, w pobliżu dzisiejszego ratusza, znajduje się wmurowana w posadzkę tablica upamiętniająca naszego rodaka.

Tablica upamiętniająca Generała Prądzyńskiego na Helgolandzkim rynku. Napis głosi: Na tej wyspie 4 sierpnia 1850 r zmarł i został pochowany wielki polski patriota dowódca i strateg uczestnik wojen napoleońskich i powstania narodowego 1830 - 1831 wybitny inżynier, projektant nowych dróg wodnych generał Ignacy Prądzyński

Wracając do samej wyspy. Tak naprawdę po obaleniu Napoleona i zakończeniu konfliktu, wyspa przestała być Anglikom potrzebna. Ta dosyć osobliwa kolonia, stawał się coraz bardziej zapomniana przez lordów w Londynie. Pomimo, że ogólnie uważano, ją za ważną strategicznie i nazywano nawet "Gibraltarem Morza Północnego", nie znajdował się na niej żaden brytyjski garnizon, ani port wojenny. Helgoland był znany jedynie ze swoich pensjonatów uzdrowiskowych i leczniczego klimatu. Już niedługo jednak miało się to drastycznie zmienić.
9 maja 1864 roku wyspa była biernym świadkiem bitwy morskiej, do której doszło między flotą duńską a okrętami pruskimi i austriackimi. Było to w czasie drugiej wojny o Szlezwik. Jak już można podejrzewać, tu znów mamy do czynienia z pewną ciekawostką. Bitwa morska okazała się ostatnią bitwą w historii, prowadzoną przez drewniane okręty w szyku liniowym. Na wodach wokół Helgolandu, schroniła się ciężko uszkodzona fregata "Schwarzenberg", rejon był pod jurysdykcją Anglii a ta pozostawał w konflikcie neutralna. Więc okręt był tam bezpieczny i najprawdopodobniej dzięki temu ocalał.       
1 lipca 1890 roku, bez pytania o zdanie Helgolandczyków, Wielka Brytania oddała wyspę Cesarstwu Niemieckiemu, a dokładnie Królestwu Prus. Jak do tego doszło? Niemcy stosunkowo wcześnie zrozumiały jak dużą strategicznie role może odegrać ta mała wysepka. Bismarck w latach 1870 - 71 poprzez ambasadę w Londynie, kazał sprawdzić czy istnieje możliwość by ją w jakiś sposób nabyć. Jednak Brytyjczycy nie byli tym zainteresowani. W 1884 roku Cesarz Wilhelm I wysłał incognito na wyspę specjalistów wojskowych, którzy potajemnie mieli sprawdzić czy Helgoland nadaje się na stworzenie tam twierdzy morskiej. Wyniki przeprowadzonych badań były wielce zadowalające. Wreszcie okazja przytrafiła się kiedy Anglicy chcieli rozszerzyć swoje wpływy we wschodniej Afryce. Rzesza Niemiecka, dała im tam wolną rękę oraz odstąpiła wyspę Zanzibar w zamian za Helgoland. Ta wymiana była krytykowana po obu stronach. Królowa Wiktoria przyjęła podobno tę wiadomość z wielkim żalem. W Niemczech zaś posunięcie krytykowały kręgi kolonialne, nazywając je "wymianą spodni za guzik" lub "wanny za trzy królestwa". Sam Bismarck miał powiedzieć:
"W trakcie tej wymiany odczuwałem, że jest to raczej ciężar i osłabienie niż podpora i wzmocnienie dla Niemiec."
Jednak Cesarz był innego zdania, jak się miało później okazać miał całkowitą rację.

Ceremonia przekazania wyspy Helgoland Cesarstwu Niemieckiemu. 10 sierpień 1890 rok.

10 lipca 1890 nastąpiło uroczyste przekazanie wyspy. Na paradzie był obecny sam Cesarz Wilhelm II i około 3.000 niemieckich marynarzy. Powoli zaczęto wprowadzać pruską administrację i daleko idące zmiany. Początkowo były one gorąco przyjmowane przez Insulan. Niemcy zmodernizowali infrastrukturę tworząc ochotniczą straż pożarną, połączenie telegraficzne z kontynentem, kanalizację i elektryfikując całą wyspę. Wybudowano nieistniejące do tej pory szpital, przedszkole, urząd pocztowy i elektrownie. Wyspiarze pierwszy raz w swojej historii poczuli się ważni dla rządzących nimi ludzi. Cesarz Wilhelm II odwiedzał wyspę co roku, często w towarzystwie małżonki. Wszystkie te zabiegi maiły jednak drugą płaszczyznę. Od pierwszego dnia po przejęciu Helgolandu, pruski fiskus potajemnie wykupował ziemie od mieszkańców. Ci początkowo byli zadowoleni, ponieważ tereny były powszechnie uważane za nieużytek, lub bezwartościowe łąki. W lutym 1891, okazało się jakie faktycznie pobudki kierowały Rzeszą Nieciecką. Helgoland zaczęto przeobrażać w twierdze wojskową. Prace postępowały bardzo szybko, na początku zbudowano port od południowej strony wyspy. Mógł on przyjąć duże jednostki a przede wszystkim umożliwiał rozładunek ciężkiego sprzętu, który planowano rozmieścić na wyspie. Na skutek tego ogromne połacie terenów na którym odławiano homary zostały bezpowrotnie zniszczone. By umożliwić rozładunek i transport na wyższe partie lądu, wykuto w skale tunel prowadzący od portu aż na powierzchnię "Oberlandu". Tunel był wyposażony w szyny kolejowe i windę towarową. W górnej partii wykopano 40 m studnię, by poprawić zaopatrzenie w słodką wodę. Wielkie obszary wyspy zostały przekształcone w strefę wojskową, co uniemożliwiło Helgolandczykom swobodne poruszanie się po ich ziemi. Helgoland miał się stać bazą wypadową i zaopatrzeniową dla Cesarskiej Marynarki Wojennej. Cesarz wydał rozkaz rozmieszczenia w górnych partiach wyspy 4 dział 210 mm L/35 i 8 haubic 280 mm. W październiku 1891 roku rozpoczęto budowę pierwszych bunkrów dla żołnierzy i zapasów. Umieszczono je pół metra pod ziemią i opatrzono dodatkowo żelbetowym stropem o grubości 220 cm. Na początku następnego roku zaczęto umieszczać pierwsze baterie artyleryjskie. Zainstalowano je pod  2,5 m stropem w formie galerii i osłonięto pancernymi parawanami o grubości 225 mm - 400 mm. Zasięg 210 mm dział wynosił 13 km. Ta mała "kupka skał i piachu" okazała się zarówno idealnym punktem dla osłony wybrzeża i żeglugi Cesarstwa Niemieckiego, jak i nieustającym zagrożeniem dla Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii. Z tego też powodu bez przerwy sukcesywnie rozbudowywano infrastrukturę militarną i dozbrajano wyspę, praktycznie przez cały okres przed i aż do końca Wielkiej Wojny. Wysepkę podzielono na grupę północną i południową. Ta pierwsza była przygotowana przede wszystkim do odpierania ataków z morza i powietrza. Na samym "czubku" północnego urwiska zainstalowano reflektor przeciwlotniczy G150, o średnicy jak sama nazwa mówi 150 cm. Podobnych, choć nieco mniejszych "szperaczy" było jeszcze 5. Oprócz baraków, centrów dowodzenia i kierowania ogniem, w żelbetowych bunkrach ustawiono liczne działa i armaty. W szczytowym okresie, znajdowały się na tym odcinku, w centralnej jego części 2 działa 210 mm, oraz w bezpośrednim sąsiedztwie 2 baterie złożone z dwóch dział 305 mm L/50 każda. Zasięg tych ostatnich wynosił 27.000 m.

Jedna z baterii 305 mm. Podwójne działa były umiejscowione jedno nad drugim, w ten sposób pole rażenia wynosiło 360 stopni.  

Wszystkie te stanowiska były połączone ze sobą podziemnymi korytarzami. Dopełnienie arsenału stanowiły 4 "działka rewolwerowe" 37 mm-Revolverkanone C/73/88 - był to niemiecki odpowiednik francuskiej armaty pięciolufowej Hotchissa, oraz  4 przeciwlotnicze działka maszynowe FlaK 37 mm. Podstawą obrony p-lot, grupy północnej była bateria złożona z 4 dział 88 mm. Właściwie były to działa montowane w tamtym okresie na U-Botach i łodziach torpedowych, o oznaczeniu 8,8 cm Schnelladekanone L/30. Mogła ona więc zarówno razić cele w powietrzu jak i na morzu. W centralnej części wysepki umieszczono 8 haubic 280 mm Küstenhaubitze. Właściwie były one już wtedy przestarzałe, ze względu na swoją konstrukcję i ładunek nośny, którym były worki z prochem. Zasięg jak na tak duży kaliber, również nie powalał, wynosił zaledwie 11.000 m. Takich dział Niemcy używali jednak aż do 1945 roku w formie broni oblężniczej. Na przykład pod Sewastopolem lub w trakcie powstania warszawskiego. Stanowiska tych haubic strzegło działo 105 mm do obrony przed balonami, Ballonenabwehrkanone 10,5 cm i 4 działa FlaK 52 mm. Wszystkie te instalacje były ze sobą połączone tunelami, jak również port i południowy odcinek obronny. Ten ostatni był bardziej rozbudowany. Znajdował się w nim lazaret, dwie elektrownie napędzane dieslowskimi agregatami o mocy 2.000 i 1800 KM. Zapas ropy, zmagazynowany w podziemnych bunkrach, wystarczał na 6 miesięcy. Koszary, Kasyna oficerskie i kantyny, jak również magazyny i zbiorniki wody pitnej. znajdowały się pod ziemią, lub grubymi żelbetowymi stropami. Podejścia broniły 8 mm karabiny maszynowe, w sumie rozmieszczono ich 11 i 37 mm "działka rewolwerowe" w ilości 16 sztuk. Był to arsenał potrzebny do odparcia ewentualnego lądowania na wyspie, które było możliwe jedynie od południa. Analogicznie do północnej grupy, znajdowało się tu 6 działek przeciwlotniczych FlaK 37 mm i cztery 52 mm, jak również bateria złożona z 6 dział 88 mm. Obrony przeciwlotniczej dopełniało działo przeciwbalonowe 105 mm. Wybrzeża tak samo jak od północy broniły 2 baterie po dwa działa 305 mm i 2 działa 210 mm. Dla przypomnienia wspomnę, że to wszystko wraz z mieszkańcami, czyli trochę ponad 3.400 cywilami i jeszcze raz tyle samo żołnierzami mieściło się na 1 km². Jeśli chodzi o personel wojskowy to jego liczba wahała się od niecałych 3.000 w czasie pokoju do ponad 4.000 żołnierzy i oficerów w trakcie I wojny światowej.
Na Düne rozmieszczono 4 działa 88 mm, 3 "działka rewolwerowe" 37 mm i 4 MG 8 mm.
Ale wszystko to służyło tylko jednemu celowi. Ochronie portu wojennego. Od północnej strony w tak zwanym "porcie północnym", mogły stanąć na kotwicy większe jednostki o zanurzeniu do 8,5 m. Właściwą instalacją portową była jednak południowa strona. Przeznaczona dla torpedowców i okrętów podwodnych. Porty miały dla Cesarstwa Niemieckiego tym ważniejsze znaczenie strategiczne, że były pierwszymi jakie posiadali Niemcy, które pozostawały wolne od lodu przez cały rok. Oznaczało to że nawet w zimie można było bez ograniczeń z nich korzystać. "południowy port" w roku 1913 obejmował powierzchnię wody wynoszącą 35 ha. Z tego 5 ha znajdowało się w jego wewnętrznej części, używanej głównie przez U-Boty. Port był bardo nowoczesny, mógł pomieścić 90 torpedowców (Torpedoboot), Niemcy tak nazywali niszczyciele i 26 okrętów podwodnych.

U-Boty w helgolandzkim porcie, rok 1917.

Zmagazynowano znaczne ilości paliwa i oleju. Dwie elektrownie o mocy 2.000 i 1.800 km mogły jednocześnie ładować akumulatory 12 U-Botów. Na skraju portu znajdował się specjalny basen dla samolotów morskich. W dniu wybuchu I wojny na wyspie znajdowało się ich 6. W skałach wykuto hangary, lub osłonięto część przystani żelbetowymi "balkonami" przykrytymi ziemią o łącznej grubości 4 m. Chroniło to zupełnie, samoloty i część Okrętów podwodnych przed atakiem z powietrza. Wokół portu stworzono również "sztuczny ląd" na potrzeby niezbędnych instalacji i zaplecza. Piach i skały wydobyte z dna morza stanowiły podstawę nowo uzyskanego terenu. W ten sposób wyspa powiększyła się o 20 ha lądu. Na molach stały liczne działa 105 i 150 mm z podręcznym zapasem amunicji na 100 salw każda (w magazynach leżało dodatkowych 1.400 pocisków). Były one ustawione w taki sposób, że mogły również ostrzeliwać cle w powietrzu. Do tego dochodziła sieć instalacji dymnej, która w razie zagrożenia mogła pokryć cały port gęstym parawanem dymu. W ten oto sposób, malownicza i spokojna dotąd wysepka, przekształciła się w Nowoczesną i dobrze uzbrojoną, morską bazę wypadową. Twierdzę na miarę marzeń cesarza Wilhelma II. Całkowity koszt wyniósł około 70 milionów RM, 30 milionów przeznaczono na umocnienia na wyspie a pozostałe 40 milionów na budowę portu. Dla porównania w 1913 roku tona kartofli kosztowała między (w zależności od regionu cesarstwa) 24 a 54 RM, natomiast kilogram srebra w sztabkach niecałe 82 RM.

Na pierwszym planie port wojenny, w tle wyspa Helgoland. Zdjęcie z 1918 roku.

Wybuch Wielkiej Wojny w 1914 roku nie przyniósł mieszkańcom nic dobrego. Tajne rozporządzenie przewidywało, w przypadku wybuchu konfliktu, niezwłoczną ewakuację wszystkich cywili z wyspy na kontynent.
"Na wypadek wybuchu wojny, wszyscy Helgolandczycy muszą zostać niezwłocznie ewakuowani na stały ląd. Na wypadek gdyby żegluga została sparaliżowana przez wroga, ludność cywilną należy przetransportować na Düne, żaden Helgolandczyk nie może pozostać na wyspie. Gdyby protestowano lub stawiano opór należy użyć broni."                
Z rozkazu komendanta garnizonu można wywnioskować, że nie chodziło tu o troskę o obywatela, a jedynie wyeliminowanie czynnika ludności cywilnej na terenie wojskowym, którym stawała się cała wyspa. Sam pomysł przeniesienia 3.000 ludzi na "łachę piasku" o powierzchni 0,7 km² bez wcześniejszego przygotowania, jest szaleństwem i skazaniem ludzi na śmierć. Helgolandczycy opuszczający swoje domostwa już w 24 godziny po wybuchu konfliktu, musieli pozostawić swoje mieszkania otwarte a klucze w zamkach. Wolno im było zabrać jedynie bagaż podręczny, wszystko inne musieli zostawić w domach. Trafili oni do Hamburga, gdzie pomysł na ewakuację się skończył. Tak więc przez pierwsze dni cała ludność wyspy musiała pozostać w halach dla uchodźców. Dopiero po jakimś czasie zakwaterowano ich w pobliskich miejscowościach. Kiedy po zakończeniu wojny mogli wrócić wreszcie do swoich domów, przeżyli kolejny szok. Mieszkania były splądrowane i zniszczone, nie było to jednak wynikiem walk. Dopuścili się tego niemieccy żołnierze, którzy przez okres działań wojennych byli tam zakwaterowani. Tak więc los znów uderzył w tych najmniej winnych.
W dniu wybuchu Wielkiej Wojny w garnizonie na Helgoland znajdowało się 3.200 żołnierzy i oficerów z zapasem żywności na 3 miesiące. Po rozpoczęciu wojny wydano rozkaz podniesienia załogi do 4.000 ludzi, jak również powiększono zapas prowiantu, który teraz mógł starczyć na rok. Rola wyspy w zmaganiach militarnych ówczesnych mocarstw pozostała jednak marginalna. Choć jak można się domyślać związane są z nią ciekawostki i interesujące epizody. Pierwszy alarm bojowy podniesiono już w nocy 4 sierpnia 1914 roku. U brzegów kajzerowskiej bazy morskiej dostrzeżono angielski okręt podwodny. Ten zdołał jednak umknąć w ciemnościach Niemcom. Zdarzenie to opisywanie jest jeszcze w inny sposób. Mianowicie angielski U-Bot został od razu dostrzeżony, ale nie można było go ostrzelać ponieważ wszystkie działa nabrzeżne nie były w stanie strzelać w tamto miejsce ani pod takim kątem. Nim z portu wyszły niszczyciele, okręt schował się we mgle i zanurzył pod powierzchnię morza.
28 sierpnia 1914 roku Cesarska Flota stoczyła z angielską Grand Fleet pierwszą bitwę morską tej wojny. Operacja miała miejsce koło Helgoland, a sama bitwa została nazwana od nazwy wyspy. Ironią jest jedynie fakt, że żadne z potężnych dział tej reduty nie oddało ani jednej salwy. Z powodu gęstej mgły i szkwałów deszczowych widoczność spadła do minimum co uniemożliwiło namierzenie czegokolwiek z wyspy. Tak więc ten potężny argument, jakim miała być twierdza nie mógł mieć wpływu na losy batalii, a helgolandzcy artylerzyści mogli jedynie wpatrywać się w biel mgły. Niemcy w tej pierwszej bitwie ponieśli niekwestionowaną klęskę tracąc trzy krążowniki "Cöln", "Adriane" i "Mainz" oraz niszczyciel "V187" zginęło 712 marynarzy a 336 wzięto do niewoli. w stosunku do 35 zabitych i 40 rannych po stronie angielskiej. Z tą bitwą, jak również z wyspą związanych jest kilka ciekawostek. Mianowicie, w jej trakcie śmierć poniósł kontradmirał Leberecht Maass, dowódca SMS "Cöln". Był to pierwszy zabity marynarz w stopniu admiralskim w trakcie I wojny. Innym incydentem wartym uwagi jest, że po zatonięciu SMS "Mainz" do niewoli brytyjskiej trafił Oberleutnant zur See Wolfgang von Tirpitz, syn słynnego Alfreda von Tirpitza.
Batalia została przez brytyjską prasę ogłoszona niespotykanym zwycięstwem na wodach wroga. Jednak ocena admiralicji jak i historyków jest nieco inna. Brytyjczycy nie wykorzystali faktu, iż posiadali ogromną przewagę, ponieważ ciężkie niemieckie jednostki stały na kotwicowiskach ze względu na niekorzystny pływ. Niemcy w obliczu "rajdu" nieprzyjaciela mogli rzucać swoje siły etapami a główne okręty dotarły na miejsce już po wszystkim. Do tego baterie Helgolandu były wyłączone z bitwy co gwarantowało Brytyjczykom przewagę artyleryjską. Straty zadane Niemcom wpłynęły jedynie na zmianę taktyki cesarza (która okazała się błędna), postanowił on trzymać swoje okręty w portach a w morze wysyłać jedynie U-Boty. Natomiast siły Cesarskiej Floty zostały jedynie nieznacznie osłabione, choćby z tego powodu, iż część z zatopionych okrętów była już przestarzała. Zawiodła tu Brytyjska organizacja i komunikacja, tego przykładem niech będzie jeden z licznych incydentów. Komodor Roger Keyes na swoim okręcie flagowym przez 40 minut uciekał przed eskadrą krążowników Williama Goodenougha, prosząc go jednocześnie przez radio o wsparcie przeciwko ścigającym go krążownikami wroga.

Salwa z dział 305 mm 

Wracając do wyspy, 24 listopada 1914 roku, z latarni morskiej dostrzeżono 4 angielskie niszczyciele i kłęby dymu z kotłów innych okrętów, znajdujących się poza polem widzenia. O godzinie 11:15 brytyjskie niszczyciele podeszły na odległość ognia i wtedy po raz pierwszy tej wojny ogromne podwójne działa 305 mm artylerii nabrzeżnej, oddały salwę w stronę wroga. Jednakże nim pociski wzniosły się na szczyt paraboli lotu, niszczyciele zawróciły a niemieckie kule wpadły w morze. Później okazało się, że za horyzontem w odległości około 100 mil morskich, znajdowała się prawie cała brytyjska Grand Fleet. Był to pierwszy i zarazem ostatni raz gdy działa na Helgoland starały się ostrzelać Anglików. Blokada morska i minowanie niemieckich wód przybrzeżnych zniwelowały ruch w tamtym regionie a "Twierdza Helgoland" straciła na znaczeniu, stając się "portem etapowym" dla U-Botów, mniejszych jednostek i samolotów morskich. Jednak dla Brytyjczyków była ona cierniem w oku.  Admirał sir. Edward Charlton wygłosił w 1925 roku memorandum na temat roli wyspy w trakcie wojny:
"...jeśli chodzi o wartość dla Niemców. Tylko w grudniu 1916 i styczniu 1917 roku, kiedy wszystkie U-Boty ze względu na lód mogły używać jedynie portu na Helgolandzie, te spowodowały w brytyjskiej żegludze straty na 30 milionów funtów, co prawie odpowiada sumie 35 milionów funtów jaką Niemcy przeznaczyły na rozbudowę placówki."    
Kiedy wojna dobiegła końca, mieszkańcy mogli powrócić do swoich zrujnowanych domostw, co z resztą uczynili. Natomiast Traktat Wersalski nakazał demontaż ciężkiego sprzętu na wyspie. Powinniśmy jednak zwrócić uwagę na fakt, iż Niemcy nie zniszczyli infrastruktury militarnej na Helgolandzie. Nie zostały nawet, w niektórych przypadkach, zdemontowane działa. Obcięto tylko lufy, lub wyciągnięto zamki.

Jedna z haubic 280 mm z obciętą lufą. Zdjęcie wykonano w trakcie rozbrajania wyspy. 

Tam gdzie nastąpił zupełny demontaż, usunięto jedynie broń, pozostawiając łożyska, bunkry i osłony w pełni sprawnym stanie. W porcie na przykład miało pozostać jedynie 100 m zachodniego mola, reszta miała zostać zniszczona, w efekcie pozostawiono 350 m. Natomiast wschodnie molo pozostawiono bez szwanku.                                  
Do 1922 roku prowadzono prace nad demilitaryzacją wyspy, które zakończono rok wcześniej niż zakładał to Traktat Wersalski. Wtedy to również członkowie komisji nadzorczej państw Ententy opuścili wyspę. Insulanie, po uporaniu się z chaosem pozostawionym przez wojnę, zaczęli przywracać wyspie oblicze z przed jej wybuchy. W 1925 roku, ludność miejscowa liczyła 2588 mieszkańców a sama wyspa znów zaczynała przeżywać turystyczny boom. Powstały liczne kurorty, oraz Instytut Ornitologii i Oceanografii ze sławnym na cały świat Akwarium. Co roku na Helgoland powracało coraz więcej turystów, którzy mogli zapomnieć o mrocznych czasach. Tylko sporadycznie natykano się w górnej części wyspy na "szkielety" z przeszłości. Sielanka trwała do 30 stycznia 1933 roku, kiedy to w Niemczech władzę przeją Adolf Hitler i NSDAP. Oddział tej partii działał również na samej wyspie i miał wśród jej mieszkańców zwolenników. Już rok po tym wydarzeniu postanowiono umieścić na wyspie ciężkie działa FlaK i baterie nabrzeżną dużego kalibru. Wyspę odwiedzał dwa razy sam Adolf Hitler, 23 sierpnia 1938 i 2 kwietnia 1939 roku.

Adolf Hitler z oficjalną wizytą na Helgoland. 2.04.1939 rok.

W maju 1935 roku rozpoczęto pierwsze prace, pod kryptonimem "Aufräumungsarbeiten" (prace porządkowe). Te porządki kosztowały ponad 73.000 RM i polegały na uzdatnieniu do użytku dawnych korytarzy i pomieszczeń podziemnych. Większość z nich była, o ironio, jedynie zaplombowana przez inspektorów działających na mocy Traktatu Wersalskiego. Inne zaś jedynie uszkodzone i zagrodzone gruzem, po naprędce przeprowadzonych detonacjach. Tak jak przed pierwszym konfliktem, poprowadzono tory kolejowe z portu aż na górę wyspy, do jej północnego czubka. Znów ograniczono swobodę poruszania się dla cywili i zakazano fotografowania. Teren "budowy" odgrodzono drutami kolczastymi, jednak dla pozoru pracujący na niej ludzie nie wykazywali w żaden sposób przynależności do wojska lub marynarki. Tym razem odrzucono plan stworzenia bazy samolotów morskich, a ewentualne zadania rozpoznawcze powierzono lotnikom na pobliskich wyspach. Cała ta akcja przyczyniła się do spadku turystyki na wyspie a patrząc z boku każdy powinien odnieść wrażenie Déjà vu. Od 1937 roku Kriegsmarine zaczęła odbudowywać baraki, zbiorniki, warsztaty i oczywiście sam port. W tym samym roku przeprowadzono również prace na Düne, w tym momencie nie dało się już ukryć w jaką stronę zmierza odbudowa Helgolandu. Prace na wyspie, jak na przykład rozbudowa sieci tuneli i bunkrów trwały nieprzerwanie do 1945 roku, czyli do ostatnich dni wojny. Budowę nadzorowało wiele osobistości III Rzeszy. Na wizytację przyjeżdżali między innymi: Hermann Göring, Admirał Raeder, Generał von Fritsch.
Od 1937 zaczęto na wyspie ponownie instalować broń i tak do 1938 roku gotowe do użycia były:
Bateria "Schröder" składająca się z trzech dział 305 mm i dwóch 20 mm działek przeciwlotniczych M.G. C/30.
Bateria "Jacobson" trzy działa 170 mm i dwa 150 mm.

Jedno z trzech dział 170 mm baterii "Jacobson"

Obrona przeciwlotnicza była gwarantowana przez dziesięć dział 105 mm i cztery 88 mm, rozmieszczonych na całej wyspie. Na małej piaszczystej wysepce ustawiono trzy FlaKi 37 mm i dwa 20 mm działka M.G C/30. Helgoland jednak nieustannie dozbrajano. Więc w późniejszym okresie siła ognia wzrosła o dodatkowe działa i artylerię przeciwlotniczą. Dwie wyżej wymienione ciężkie baterie wzmocniono o cztery działa 75 mm, obsługą tego kompleksu zajmowało się 437 ludzi. Dodatkowo wzmocniono obronę czterema bateriami FlaK 105 mm, dwunastoma działkami p-lot 40 mm i osiemnastoma 20 mm. Obronę przeciwlotniczą miały wspierać liczne szperacze, z których największy miał średnicę 2 m. Garnizon Helgolandzki składał się z 38 oficerów i 1.495 podoficerów oraz żołnierzy. Wzniesiono również mały Flakturm, którego dalsze losy są dosyć ciekawe, ale o tym za chwilę. Stacje radarowe, obserwacyjne i namierzające również rozsiały się po powierzchni wyspy. Głównym celem Niemców było przeobrażenie Helgoland w bastion morski, co nie zostało jednak w pełni zrealizowane. W porcie powstał bunkier dla U-Botów "Nordsee III", pod jego 3 m żelbetowym stropem mogło znaleźć schronienie 9 Okrętów podwodnych. Aliantom, pomimo kilku prób, nie udało się go ani razu zbombardować.

U-Boot w Helgolandzkim bunkrze dla okrętów podwodnych. Unikatowe zdjęcie z roku 1942.

Najciekawszy jednak był system tuneli i schronów. Naziści rozbudowali na wielką skalę to co zaczął kajzer. Pod wyspą, a raczej w jej wnętrzu skrywało się około 13 km tuneli i pomieszczeń. Szpitale, schrony dla całej ludności i żołnierzy, magazyny, zbrojownie. Helgoland był podziurawiony niczym ser. Pod ziemią powstało jak gdyby drugie miasto, Które mogło oprzeć się każdemu nalotowi. Na Düne w styczniu 1942 roku stworzono malutkie lotnisko, z którego operowała "Jagdstaffel 11 - Jasta Helgoland". Była ona wyposażona w samoloty Messerschmitt Bf 109 T. Zbudowano ich jedynie 70, miały być przeznaczone na niemiecki lotniskowiec "Graf Zeppelin", który jednak nigdy nie został ukończony. Samoloty radziły sobie świetnie z krótkim pasem startowym, gdzie inne samoloty nie dałyby rady startować i wykonywały zadania rozpoznawczo-bojowe.
Wojna na Helgoland zawitała dnia 3 grudnia 1939 roku. Koło południa 21, lub jak twierdzą inne źródła 24 angielskie bombowce pojawiły się nad wyspą. Nalot był skierowany przede wszystkim przeciw okrętom, ale nie do końca okazał się udany. 17 bomb trafiło w Düne, z tego 8 w molo przy którym kotwiczyły szybkie łodzie motorowe, głównie wyposażone w torpedy. 5 dalszych bomb spadło na północny kraniec głównej wyspy, a 3 opodal baterii "Schröder". Nalot nie przyniósł prawie żadnego efektu. Żadnych uszkodzeń, ofiar, ani rannych. Zatonął tylko jeden Schnellboot. Ogień przeciwlotniczy okazał się również nieskuteczny. Niemcom udało się trafić jeden brytyjski samolot, ale ten uszkodzony zdołał dolecieć do bazy macierzystej. Tym razem mieszkańcy wyspy nie zostali ewakuowani i mogli pozostać w swoich domach. W razie ataków z powietrza mieli przydzielone schrony w podziemnych labiryntach. Późniejsze naloty nad wyspą były raczej sporadyczne i nie przynosiły zbyt wielkich efektów. Alianckie bombowce, zrzucały na ten skrawek lądu swój ładunek, albo wracając z bombardowania Niemiec, albo po drodze lecąc na misję główną. Nie było więc żadnych spektakularnych walk. Na początku 1940 roku Anglicy stracili w okolicach Helgolandu trzy okręty podwodne: 6 stycznia HMS "Undine", 7 stycznia HMS "Seahorse" i 9 stycznia HMS "Starfish". Zostały one zatopione przez niszczyciele, które również kotwiczyły w Helgolandzkim porcie. Sama twierdza i jej potężne działa nie miała w tym jednak żadnego udziału.  Dla aliantów wysepka miała jedynie znaczenie prestiżowe, gdyż znajdowała się w mało dogodnej dla nich pozycji strategicznej. Obawiali się potencjału jaki posiadała w roli bazy wypadowej dla U-Botów Kriegsmarine. Ale te masowo korzystały z niej jedynie w trakcie Kampanii Norweskiej w 1940 roku, oraz na przestrzeni od stycznia do marca 1942 roku. Bazy U-botów we Francji były dogodniejsze do ataków na Alianckie konwoje, więc Helgoland nie miał tu zastosowania.
Ataki skierowane typowo przeciwko Bunkrowi dla U-Botów, alianci podjęli co najmniej 3 razy. 3 i 11 września, oraz 15 października 1944 roku. Jednak okazały się one bezowocne. Pierwszy atak przeprowadzono jednym bombowcem typu Liberator i jednym Mosquito. Ten pierwszy zestrzelony przez baterię FlaK rozbił się na Düne, drugi z pożarem silnika zawrócił do bazy. Dwa ostatnie ataki przeprowadzono przy pomocy zdalnie sterowanych, z pokładów lecących w pobliżu myśliwców, bombowców B-17. Miały one zostać naprowadzone na bunkier i wbić się w niego, niszcząc eksplozją materiałów wybuchowych wypełniających ładownię. Jednak w obu przypadkach niemiecka obrona przeciwlotnicza wykazała się niezwykłą skutecznością. Większość maszyn została zniszczonych w powietrzu a nieliczne pozostałe musiały ratować się ucieczką.

Jedno z dział baterii "Schröder". Zdjęcie z 1939 roku.

Tak jak i w trakcie pierwszej wojny, olbrzymie baterie nabrzeżne, do końca drugiej nie miały okazji atakować wroga, który po postu omijał wyspę. Aczkolwiek jest jeden wyjątek i jak już możemy się spodziewać kuriozalny, jak na historie Helgolandu przystało. Niemcy wpadli na pomysł by wykorzystać 305 mm działa baterii "Schröder" jako broń przeciwlotniczą. 9 Października 1943 roku, na wysokości 4.400 m i w odległości 20 km od wysepki, wracały z bombardowania Niemiec amerykańskie samoloty. Niemcy zdecydowali się ostrzelać je artylerią nabrzeżną, co nie miało do tej pory swojego precedensu w całej niemieckiej historii wojennej. Działa odezwały się trzykrotnie, potem zamilkły z powodu pogorszenia się widoczności na skutek mgły. Dlatego również nie dało się potwierdzić żadnego trafienia. Niemcy dostrzegli jednak w tym metodę i już 4 stycznia 1944 roku ostrzelano ponownie powracające z nad Rzeszy alianckie bombowce. Przelatywały one 25 km od Helgolandu na wysokości 7.500 m. Widoczność była dobra tego dnia i łatwo można było namierzyć cele. Działa baterii wycelowano w podane koordynaty wydanie rozkazu do oddania salwy jednak się przedłużało. Jeden z pomocników marynarskich wspomina:
"Zanim można było dać znak do wystrzału, otrzymałem rozkaz telefonicznego kontaktu z wieloma numerami. Musiałem przekazać wiadomość by pootwierano okna, ponieważ w przeciwnym razie mogły z nich wylecieć szyby."
Kiedy w końcu dano znak do otwarcia ognia, potężne działa zagrzmiały kilkakrotnie. Jak się okazało skutecznie. Helgolandzkiej baterii nabrzeżnej "Schröder" przypisano 4 strącenia. Alianci stracili wtedy 6 maszyn, jednak 4 potwierdzono jako trafienia artyleryjskie. Sukces planowano powtórzyć 18 kwietnia 1944, jednak z powodów technicznych udało się wystrzelić jedynie 2 pociski. Zepsuł się przekaźnik elektryczny który inicjował salwę drugiego działa. Tego dnia nie strącono żadnej maszyny wroga.                     
Koniec wojny dla Helgolandu, oznaczał również koniec dla tej małej wysepki. Jak gdyby cała wściekłość za wojnę skupiła się na tym skrawku ziemi. 18 kwietnia 1945 roku około południa zawyły syreny ostrzegające o zbliżającym się nalocie. Ludzie pobiegli do skrytych 18 m pod ziemią schronów, załogi FlaKów zajęły stanowiska. Jednak to co ujrzeli przerosło ich wszelkie koszmary. Na niebie pojawiło się 981 alianckich bombowców. Ich celem była artyleria rozmieszczona na wyspie, port, oraz instalacje i lotnisko na Düne. 684 samoloty bombardowały główną wyspę, 160 jej "satelitę" Düne i 125 port. 12 Bombowców pozostawało w odwodzie wykonując zadania naprowadzające i zwiadowcze.

Bombardowanie Helgolandu w dniu 18.04.1945. Zdjęcie z alianckiego bombowca.

W ciągu 104 minut zrzucono na Helgoland 7.000 bomb, nie zapominajmy, że bomby te spadły na wyspę o powierzchni 1 km² i "łachę piasku" o areale 0,7 km². Takiego skoncentrowanego bombardowania dotąd jeszcze nigdy nie dokonano. Niemcom udało się strącić jedynie 3 samoloty aliantów, dwa bezpośrednio i jeden z pożarem silników rozbił się w morzu. Od bomb zginęło, według oficjalnych danych 128 osób, 116 żołnierzy i 12 cywili.  Dzień później na zupełnie bezbronną i doszczętnie zniszczoną za pierwszym razem wyspę zrzucono kolejne bomby. Miały one ostatecznie zniszczyć ciężką artylerię, oraz bunkier dla U-Btów. W większości użyto ciężkich 10 tonowych bomb "Grand Slam", po tych dwóch dniach na wyspie nie pozostał kamień na kamieniu. Aczkolwiek nie udało się zniszczyć bunkra dla okrętów podwodnych a na samej wyspie o dziwo stała wieża FlaK. Była nieco zdemolowana, ale wyróżniała się  na tle apokaliptycznego krajobrazu.

Helgoland przed i po bombardowaniu w dniu 18.04.1945.

Po prawej ocalały Flakturm na Helgolandzie. Zdjęcie z 1945 roku.

Po tych wydarzeniach ewakuowano około 2.000 cywili, mniejsza część pozostała wraz z żołnierzami nadal na wyspie. O dziwo dowództwo planowało naprawę i przywrócenie stanu bojowego wyspy. Jeszcze 26 kwietnia 1945 roku, Seekommandant Elba - Wezera kontradmirał Rolf Johannesson Przekazał telegram w którym udzielał instrukcji co i w jaki sposób umocnić i zabezpieczyć. Jednak bezwarunkowa kapitulacja III Rzeszy zakończyła szaleństwo na wyspie. 11 maja 1945 roku, wyspę opuściło 3.200 żołnierzy pozostawiając jedynie małą delegacje mającą za zadanie oddanie wyspy Brytyjczykom. O godzinie 13 do portu przybył admirał Gerard Muirhead-Gould, który przejął od komendanta twierdzy Helgoland kapitana Roegglena wyspę. Jeszcze tego samego dnia Brytyjczycy nakazali opuścić pozostałym na niej cywilom wyspę, mogli zabrać ze sobą jedynie tyle ile byli w stanie unieść. Protesty na nic się zdały. Przez kolejne dwa lata Anglicy demontowali sprzęt i wywozili pozostawiony ekwipunek. Około 4.300 ton Maszyn, metali, wyposażenia, ubrań i żywności odtransportowano do Cuxhaven. W tym czasie również dokonał żywota bunker dla U-Botów. Stał się celem do testowania bomb i wkrótce został doszczętnie zniszczony. To jednak nie wystarczyło, sam Churchill miał podobno powiedzieć:
"Helgoland musi przestać istnieć."    
Postanowiono w ramach planu "Big Bang", całkowicie zniszczyć wyspę poprzez wysadzenie. Materiały wybuchowe, bomby lotnicze i głębinowe jak i torpedy rozmieszczono w różnych miejscach wyspy i podziemi. Łącznie 3.997 ton materiału wybuchowego netto, co dawało około 7.000 ton bomb i pocisków. Helgolandczycy, którymi nikt się nie interesował, próbowali protestować. Napisali listy do Churchilla, oraz papieża, te jednak pozostały bez odpowiedzi. Ostatecznie po kilkukrotnym przesuwaniu terminu, 18 kwietnia 1947 roku (dwa lata po dywanowym bombardowaniu wyspy) Zdetonowano całość materiałów wybuchowych z oddalonego o 9 mil od wyspy, brytyjskiego statku "Lasslo". Był to do tej pory największy nieatomowy wybuch jaki spowodował człowiek. Falę eksplozji w postaci ciepłego wiatru było czuć na okrętach oddalonych o około 18 kilometrów od epicentrum.
Helgoland mimo tak gigantycznej siły i wbrew Brytyjczykom zdołał przetrwać. Do morza osunęło około 70.000 m² południowej jego części. Tam najprawdopodobniej znajdował się cmentarz na którym spoczywał Ignacy Prądzyński. Tak więc Anglicy Unicestwili więcej niż tylko nazistowską twierdzę.

Zdjęcie wykonane w momencie detonacji ładunków wybuchowych w dniu 18.04.1947 roku.

Wyspa nie została jednak przekazana jej mieszkańcom. Zrobiono z niej brytyjski poligon bombowy. Piloci RAFu trenowali na niej zrzucanie bomb, wykuli jej nawet nowy przydomek: "Hell - Land". Była to zaiste piekielna ziemia. Miejsce, które omijały nawet ptaki, bombardowane bezustannie. Niemiecki rząd próbował protestować, a w grudniu 1949 roku wystosowano oficjalną prośbę o zwrócenie wyspy jej mieszkańcom. Nikogo jednak to nie interesowało. Dopiero w grudniu 1950 roku na wyspę wdarło się dwóch studentów, René Leudesdorff i Georg von Hatzfeld. Wdrapali się oni na, o dziwo nadal stojącą wieżę obrony przeciwlotniczej i wywiesili na niej zielono - czerwono - białą flagę Helgolandu, oraz ówczesną flagę Europy. Ten akt zwrócił uwagę opinii publicznej całego świata. Pod jej naciskiem, Anglicy podjęli rozmowy z Niemcami i ostatecznie 1 marca 1952 roku na wyspę znów mogli powrócić jej prawowici mieszkańcy.

Dziś Jedyny obiekt który przetrwał brytyjski gniew, czyli Flakturm, zdobi wyspę jako latarnia morska, wzniesiony by odbierać życie teraz czuwa nad jego bezpieczeństwem. Dziś można na Helgolandzie spędzić świetne wakacje, podziwiać ptaki i "Długą Annę", pionową skałę na północnym krańcu wyspy. Można zobaczyć tablicę wielkiego Polaka na rynku, zjeść smacznego homara i prawie zapomnieć o okrutnym świecie. Gdyby nie żelbetowe bloki i leje po bombach (największy o średnicy 100 m), które do dziś może odkryć uważny obserwator. Dziś Insulanie jak dawniej cieszą się z dobrej pogody i turystów. Chętnie opowiadają o swoich korzeniach i historii wyspy, tylko milczeniem lub machnięciem ręki reagują na wszelkie brytyjskie aspekty dotyczące ich azylu na Morzu Północnym.  

Jedyny ocalały "świadek" wydarzeń wojennych. Flakturm przebudowany na latarnię morską. 







Materiały źródłowe:
Claude Fröhle i Hans-Jürgen Kühn -  "Hochseefestung Helgoland Eine militärgeschichtliche Entdeckungsreise 1891-1922"
Claude Fröhle i Hans-Jürgen Kühn -  "Hochseefestung Helgoland Eine militärgeschichtliche Entdeckungsreise 1934-1947"
Dieter Kienitz - "Der Kosakenwinter: in Schleswig-Holstein 1813/14"
Michael Herms - "Flaggenwechsel auf Helgoland: der Kampf um einen militärischen Vorposten in der Nordsee"
Niemieckie cyfrowe archiwum czasopism
Serwis - Genealogia Helgoland
Pamiętniki generała Prądzyńskiego
ARD - "Helgoland - 100 lat niemieckości"


                     

3 komentarze:

  1. Super artykuł tylko czasami zdarza się błąd przy datach (1807 zamiast 1907).
    Ale tak jest rewelacyjnie :)
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję z zwrócenie uwagi. Błąd naturalnie został poprawiony.

      Usuń
  2. I pomyslec ile mrowczej pracy ile tysiecy ton materialow budowlanych,tysiace ton mater.wybuchowych,ile mysli technicznej,militarnej na przestrzeni dziesiecioleci a takze nieustannego pozbawiania zwyklych ludzi tozsamosci, niezaleznosci i naturalnej checi zycia w pokoju,ktory w swoich krotkich okresach przynosil rozkwit i rozwoj we wszystkich dziedzinach zycia. I Tylko po to by obrocic w pyl to wszystko co z mozolem budowano.Czysty bezsens i absurd.Tym sa wojna,agresja i zlo. Szatanskie cechy ,przynoszace te same efekty na przestrzeni wiekow.Pieknie to zobrazowales na przykladzie takiej jednej malej wysepki. Jak w kalejdoskopie, swiatowa polityka odslania swoje prawdziwe cele.poza tym podziwiam Twoja dbalosc o detale o wiele waznych szczegolow,ktore bardzo podnosza jakosc opowiedzianego malo znanego i jak zwykle bardzo ciekawego,nowego " okrucha historii".

    OdpowiedzUsuń

Komentuj - to dla mnie najlepsza motywacja.